Adam Leszczyński

Wczesne państwo polskie

Linki:

Większość tego, co […] wiadomo [o wczesnych mieszkańcach Polski], pozostaje w sferze hipotez, mniej lub bardziej prawdopodobnych […]. Próba rekonstrukcji obrazu życia społecznego naszych przodków w najwcześniejszych wiekach przypomina odtwarzanie wielkiej i bogatej mozaiki na podstawie kilku zachowanych fragmentów. Z czasów przed Księgą henrykowską zachowały się same okruchy: przede wszystkim teksty immunitetów, czyli nadawanych przez władców zwolnień ze świadczeń na ich rzecz. Z lakonicznych i często wieloznacznych wzmianek o stosunkach społecznych w takich dokumentach historycy próbują zrekonstruować cały obraz społeczeństwa najwcześniejszych wieków państwa polskiego.

Co zatem możemy powiedzieć o tych mieszkańcach średniowiecznej Polski, którzy nie należeli do elity? Zanim do tego dojdziemy, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie o źródła państwowości: po co naszym przodkom potrzebne było państwo? A jeśli, to wszystkim – czy tylko niektórym? Dlaczego w ogóle powstało? Jaki pierwotnie miało charakter? Dyskusje historyków na ten temat od samego początku ukształtowało wyobrażenie tego, czym jest narodowa wspólnota. Przykładów takiego mechanizmu – projektowania aktualnych idei i poglądów na przeszłość – można bez trudu wyliczyć dziesiątki, jeśli nie setki. Odwołajmy się tylko do jednego, ważnego z punktu widzenia tej książki. W wydanej w 1846 r. broszurze Stracone obywatelstwo stanu kmiecego ojciec założyciel nowoczesnego pisarstwa historycznego w Polsce, Joachim Lelewel (1786–1861), opisywał źródła podziałów społecznych na ziemiach polskich:

„Kraina między Wisłą a Wartą, gdzie Polska powstała, miała dwie, prawem i położeniem różne klasy mieszkańców; czyli dwa stany obywateli: Lechów i Kmieci. Nie zamierzam sięgać początku tego, ani dochodzić, ani domniewywać się, jakim sposobem to zrozmajicenie nastało; bo to zanika w ciemnej i zbyt odległej przeszłości na całym polu Sławiańszczyzny: dość mi oczywiście widzieć, że taki dwu stanów byt, miał nie dopiero miejsce przed wprowadzeniem do Polski chrześcijaństwa. Widzę, że wszystkie narodowe i miejscowe powieści, polskie, mazowieckie, krakowskie [...] o ich bycie dostatecznie upewniają. Z tych klas: lechicka, aristokracką nierówności zasadę; kmiecia, gminną równości wyobrażały”.

Podział na szlachtę i chłopów według Lelewela nie tylko sięga więc czasów starożytnych, ale jest także genetycznie wpisany w kościec narodu. Sama własność ziemska zaś, jak pisze, była „posiadana pod warunkiem obowiązków” oraz „poczytywana za własność narodową” i tylko „powierzana w posiadanie”. Istniała zatem, powiadał Lelewel, równowaga pomiędzy tym, co człowiek posiadał, a jego zobowiązaniami wobec wspólnoty. Historyk używał słowa „naród” wobec mieszkańców ziem Polski przed Mieszkiem, traktował je również jako naturalną całość.

Lelewel uważał także, że „lechowie” i „kmiecie” mieli równe prawa, „zamożnością osobistą lub rodzajem posiadanej ziemi nieco dotknięte”. Zgromadzenia sądowe i narady, na których podejmowano najważniejsze decyzje, były wspólne. I jedni, i drudzy piastowali najwyższe urzędy. Idealizując przeszłość, historyk nie twierdził jednak, że w pradawnym społeczeństwie polskim nie zdarzały się konflikty.

Przeciwnie, od czasu do czasu „krwią się rumieniła ziemia” w zatargach pomiędzy arystokracją a ludem. O ile jednak możni „lechowie” mieli przewagę w czasach pokoju, o tyle powstania „kmieci” utrzymywały całe społeczeństwo w stanie równowagi. Całą tę społeczną konstrukcję podtrzymywał zaś „duch gminny”, który „rozbijał zamachy” na to zgodne w sumie szlachecko-ludowe gminowładztwo.

Tę chwiejną równowagę zburzył według Lelewela kontakt ze światem zewnętrznym.

„Uległość kmieca (...) wpływem cywilizacji przynaglony postęp wzięła” – ubolewał historyk. Przełomem było wyniesienie jednego człowieka ze stanu kmiecego – Ziemowita – do godności książęcej. Oddajmy głos Lelewelowi:

„Kmiecie chwilę z wyniesienia Ziemowita zadowolnieni i ucieszeni, nic na tym nie zyskali. Lechi sprawowali państwo i w obywatelskiej czynności mieli przewagę.

Coraz to trudniej, coraz niepodobniej stawało się kmieciom do dostojeństw i wysokich dochodzić urzędów. Lechicka arystokracja przywłaszczała sobie dostojeństwa i co raz od innych urzędów gmin oddalała, sobie je czyniąc wyłączną własnością. Lechickie państwo, pod przywództwem Piastów zdobycze, rozciągały na wszystkie strony Lechów przewagę, a gmin wszędzie ścieśnienia doznał. Od Ziemowita i następców mające otuchę chrześciaństwo zmieniało obyczaj, nowy wprowadzało. Lechi w nowym porządku rzeczy, z wejściem i postępem łacińskiej cywilizacji, znajdowali nowe środki do zapewnienia, umocowania i uzupełnienia swej powagi, swego panowania. O przywróceniu zupełnym praw kmiecego stanu, które zbyt długim wyjściem z czynu, niezmiernej ujmy doznały, już więcej mowy nie było”.

W opowieści Lelewela – w większości, dodajmy, wymyślonej przez autora, nieopartej bowiem na źródłach – pojawił się mit raju utraconego: słowiańskiego, narodowego gminowładztwa zaprzepaszczonego przez nieunikniony kontakt z cywilizacją zachodnią. Przy okazji historyk opowiedział także o początkach państwa i narodu: i państwo, i naród były dla niego dane przez naturę, wywodziły się bowiem z przyrodzonej bliskości plemion i wspólnot rodowych tworzących rdzeń państwa piastowskiego.

Zetknięcie przyszłych Polaków z cywilizacją Zachodu miało więc w opowieści Lelewela (jak i w wielu innych jej podobnych opowieściach o początkach państwa) dwuznaczny charakter. Z jednej strony, oznaczało awans materialny i polityczny: przejście z plemiennego, dziecięcego stanu bytowania do rodziny dorosłych monarchii i narodów. Z drugiej, Polakom przyszło za to zapłacić cenę w postaci pozbawienia większości narodu – „stanu kmiecego” – praw obywatelskich, które pierwotnie posiadała. Tworzenie takiej legendy nie było przypadkowe: Lelewel, zwolennik demokratycznych przemian społecznych, dostarczał im uzasadnienia, przedstawiając je jako sprawiedliwy powrót do idealnej narodowej przeszłości (był też jednym z założycieli Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, o którym powiemy więcej w rozdziale piątym).

Podobnych opowieści pełna była XIX-wieczna – i po części XX-wieczna – literatura historyczna. W przywoływanej już wcześniej Historyii pierwotnej Polski Juliana Bartoszewicza naród wywodzi się bezpośrednio ze wspólnoty rodowej. Narody słowiańskie powstały więc jako federacja rodzin i rządzone były jak rodziny – z wyrozumiałością, ale też z patriarchalną surowością. Z narodu w organiczny sposób powstawało państwo. Skaził życie słowiańskie dopiero kontakt z „cudzoziemcami”, którzy wnieśli do rodzimej idylli swoje obce ambicje.

„Sprawy wspólne, dotyczące się wielu rodzin jednością złączonych w pewien rodzaj narodu, rozstrzygały się na zgromadzeniach publicznych, na wiecach, na których głosowali sami ojcowie, żupanowie, kniazie. Ale nie zawsze wiązało to Słowian, co na tych zgromadzeniach uchwalili. Każdy postępował, jak mu się zdawało najlepiej, najstosowniej. Chyba wojna groziła (...). Gotując się tedy na wojnę, słowiańscy ojcowie nasi wybierali sobie wodzów, których nazywali doskonale wojewodami, to jest dowódcami wojów, wojowników. (...) Po wojnie wracali do swoich domów, każdy do siebie, wojewoda przestawał być zwierzchnikiem, był tylko jak dawniej ojcem swojej chaty, panem w rodzinie. Ale bywało, że wojewodowie na polu boju nabierali sławy, której odblask zawsze uszlachetniał nie tylko osoby, ale i rodziny. Znakomici lub szczęśliwi wojownicy i rozumni być musieli, takie było przekonanie powszechne. Wróciwszy więc na skromne stanowisko w chacie, nie tracili wpływu na współbraci. (...) dawni Słowianie wybrali pierwszego władcę dlatego, żeby ich bronił od przemocy nieprzyjaciela. Władza u Słowian zawsze była więc zacną, ojcowską, nie dla panowania, ale dla opieki nad ludem, dla dobra ogólnego”.

Patriarchalna władza pozostawała bezpośrednią spadkobierczynią patriarchalnego obyczaju w rodzinie, w której – według Bartoszewicza – panowały szacunek wzajemny, niewymuszone posłuszeństwo, roztropność i łagodność.

Warto zestawić te opowieści z tym, co ma do powiedzenia o powstawaniu pierwszych państw dzisiejsza antropologia, archeologia i nauka historyczna – także dotycząca terenów Polski. Przeszłość opisuje się w nich często w kategoriach brutalnego politycznego realizmu: rywalizacji i akumulacji zasobów, zarówno materialnych, jak i symbolicznych. Samo założenie państwa jest związane z fundacyjnym aktem przemocy – narzuceniem władzy przez zorganizowaną elitę poddanej mniejszości – oraz wywłaszczeniem: zaborem części dóbr na rzecz nowego organizmu. Nic też w tym dziwnego: budowa struktur państwowych wymaga zasobów, a te zasoby kontrolująca państwo elita musi skądś pozyskać.

Być może najlepszy ostatni przykład takiego modelu powstania pierwotnego państwa można znaleźć w wydanej w 2017 r. książce amerykańskiego antropologa Jamesa C. Scotta. […] Scott analizuje powstanie najwcześniejszych państw, jakie znamy – przede wszystkim pierwszych miast-królestw z dorzeczy Tygrysu i Eufratu (paradoksalnie wiadomo o nich więcej niż o państwie pierwszych Piastów), ale także starożytnego Egiptu i chińskiej monarchii Qin oraz pierwszych stuleci panowania dynastii Han.

Wczesne państwa – pisze Scott – były przede wszystkim „machinami kontroli populacji”. Zbierały one w jednym miejscu możliwie dużą grupę poddanych, którzy produkowali nadwyżki konsumowane przez elitę (władców, możnych, urzędników, kapłanów i ich rodziny).

Troska o pozyskanie populacji i kontrolę nad nią była w samym centrum wczesnej państwowości. Kontrola nad żyznym i dobrze nawodnionym obszarem (...) nie znaczyła nic, dopóki nie uczyniła go produktywnym populacja rolników, którzy by na nim pracowali. Postrzeganie wczesnych państw jako „maszyn kontroli populacji” nie jest bardzo odległe od prawdy, o ile dostrzeżemy, że „maszyna” była w złym stanie i często się rozpadała, nie tylko z powodu złego sprawowania władzy. Państwo pozostawało tak skoncentrowane na liczbie i produktywności swoich „udomowionych” poddanych jak pasterz może opiekować się swoim stadem, a farmer uprawiać swoje pole.

Państwo powstawało wówczas, kiedy istniały zasoby, które elita i jej aparat poddawały kontroli – odbierając poddanym to, co wyprodukowali podczas niezliczonych godzin pracy na roli. W wypadku pierwszych miast-królestw było to zboże: tylko ono dawało się przy tamtejszym poziomie technologii przechowywać przez dłuższy okres i przede wszystkim mierzyć – stąd liczne zachowane do dziś świadectwa oficjalnych państwowych miar i tabliczki z rejestrami podatków oraz danin (oraz też niszczenie miar w trakcie powstań i buntów). Władca był jednak nikim bez poddanych: stąd jednym z głównych imperatywów każdego wczesnego państwa jest skupienie populacji możliwie blisko centrum władzy – gdyż kontrola nad ludnością malała bardzo szybko w miarę oddalania się od administracyjnego centrum (dlatego częste podróże średniowiecznych władców po kraju nie zaskakują).

W świecie pierwotnych państw opisywanych przez Scotta wojny toczyły się przede wszystkim o poddanych. Władca kupował ich od barbarzyńców lub zdobywał w czasie wypraw wojennych. Zabijanie ludności w kraju przeciwnika było nieopłacalne: w ten sposób pozbywano się bowiem najcenniejszego zasobu, który należało raczej sprowadzić do swojego administracyjnego centrum. Rynki niewolników były funkcjonalnymi odpowiednikami rynków, na których sprzedawało się konie i bydło.

Paradoksalnie brutalności wczesnych państw oraz ich skłonności do prowadzenia wojen i przesiedlania populacji podbitego przeciwnika – często na długie dystanse – towarzyszyła kruchość tych organizmów. Pierwszą barierę stanowiła przyroda: rozwój wczesnego państwa nieuchronnie prowadził do katastrofy ekologicznej.

Koncentracja ludności na niewielkim terytorium – ponieważ tylko takie może kontrolować władca i jego drużyna – łączy się nieuchronnie z wycięciem lasów oraz wyjałowieniem gleby. Kilka lat niepomyślnych zbiorów, susze czy powodzie – oraz inwazja sąsiada – prowadziły do rozpadu pierwotnego państwa.

Scott ma ogromnie dużo sympatii wobec „barbarzyńców”, czyli ludów żyjących poza stanem „udomowienia” i poza państwowymi strukturami. Nie ulega wątpliwości, i badania archeologiczne wydają się to potwierdzać, że poziom życia ludów wędrownych był wyższy niż osiadłych i poddanych kontroli władzy. Dola rolnika była bardzo ciężka: wykopaliska na cmentarzach pokazują, że przedstawiciele ludów osiadłych bywali często niżsi, drobniejsi i cierpieli na wiele chorób (w tym wynikających z monotonnej diety i częstego niedożywienia).

Rolnik o każdą kalorię pożywienia musiał toczyć trudny i nierzadko skazany na porażkę bój – nie tylko z przyrodą, ale także z poborcą podatków. Upadek wczesnego państwa – przez dawniejszych historyków traktowany jako katastrofa i zagłada cywilizacji – dla jego mieszkańców oznaczał często wzrost poziomu życia.

Rozpadała się bowiem opresyjna struktura, która wyciskała poddanych do cna, odbierając każdy gram wyprodukowanego zboża, który przekraczał minimum wystarczające do przeżycia. Rozpad organizmu państwowego był zatem katastrofą tylko dla elity. Ta niewielka grupa albo ginęła, albo rozpraszała się, a reszta poddanych oddychała z ulgą – do momentu, w którym państwo odrodziło się ponownie, z nową dynastią i w nowych granicach. Historycy łatwo przeceniają znaczenie rozpadu pierwotnego państwa – przekonuje Scott – ponieważ wraz z jego zanikiem tracą źródła pisane (umiejętność pisania jest nierozerwalnie związana ze sprawowaniem władzy; pismo jest jej symbolem i narzędziem kontroli).

Doskonale znany historykom i potwierdzony przez archeologów kryzys pierwszego państwa piastowskiego dobrze wpisuje się w model Scotta. Pomiędzy 1030 a 1040 r. groziło mu całkowite zniszczenie. Nie wiązało się to jednak z żadną klęską militarną, lecz raczej z implozją. Kronikarze piszą o buncie możnych, później o powstaniu ludowym; władca schronił się za granicą. Kraj pogrążył się w społecznych niepokojach. „Niewolnicy powstali na panów, wyzwoleńcy przeciw szlachetnie urodzonym” – czytamy w znanym fragmencie kroniki Galla, który komentuje z żalem, że równocześnie porzucali oni religię chrześcijańską, postrzeganą zapewne jako podpora książęcego systemu wyzysku. Jak czytamy w kronice Kosmasa, mieszkańcy Giecza – jednego z głównych grodów – poprosili księcia Brzetysława, który najechał pogrążone w konfliktach państwo w 1038 r., o przeniesienie ich do Czech wraz z bydłem i pozostałym majątkiem. Brzetysław łaskawie się zgodził, twierdził kronikarz. Oprócz zgromadzonych przez Piastów dóbr materialnych zabrał zatem to, co mieli najcenniejszego – poddanych. Wracający do kraju Kazimierz Odnowiciel (1016–1058) musiał stoczyć ciężką walkę o władzę z Masławem (lub Miecławem), możnym panem, który usiłował zbudować swój własny ośrodek władzy.

Dziadek Miecława, jak pisał wiele lat później Wincenty Kadłubek (1150?–1223), „z rodu niskich sług pochodził”. Jak Kadłubek odnotowuje z niemałą satysfakcją, skończył też podle. Kronikarz wypomina mu plebejskie pochodzenie ustami Prusów, do których Miecław uciekł i którzy go po torturach powiesili: „Do góryś dążył, w górze jesteś”. W legendzie założycielskiej samych Piastów było chłopskie pochodzenie, ale uzurpatorowi zostało ono z satysfakcją wytknięte. Człowiek z ludu musiał znać swoje miejsce.


Sednem modelu wczesnej państwowości była więc kontrola elity nad zasobami, które jest ona w stanie zgromadzić, weryfikować i przeznaczać nie tylko na swoją konsumpcję, lecz także na utrzymanie aparatu przymusu i kontroli: poborców danin, drużyny książęcej i kapłanów, czyli osób, których główną rolą było legitymizowanie władzy. Nieprzypadkowo też państwa powstawały najpierw w żyznych dorzeczach wielkich rzek – Tygrysu i Eufratu, Nilu czy Jangcy. Przy ówczesnej technologii wytwarzania żywności tylko tego typu rejony pozwalały na produkcję wystarczającej ilości nadwyżek, utrzymanie aparatu państwowego oraz na skupienie względnie dużej liczby ludzi na niewielkim terytorium, co umożliwiało ich skuteczne kontrolowanie.

Z tej perspektywy ziemie przyszłego państwa polskiego we wczesnym średniowieczu nie były dobrym terytorium do budowy państwowości – i trudno być zaskoczonym, że wyłoniła się ona tak późno. Pełne lasów i mokradeł, niełatwe do podróży i uprawy, pozostawały bardzo rzadko zaludnione.

Na terenie państwa pierwszych Piastów – zajmującego powierzchnię prawdopodobnie zbliżoną do obszaru współczesnej Polski – mieszkało zapewne (według szacunków) od 900 tys. do nawet 2,2 mln ludności, ale najczęściej przyjmowana liczba to 1,2 mln. Dawałoby to gęstość zaludnienia na poziomie pięciu–sześciu osób na km2. Około 1000 r. ziemie uprawne stanowiły zaledwie około 16 proc. jego powierzchni.

Świadczyłoby to o bardzo niskim poziomie rozwoju gospodarczego w porównaniu do krajów zachodnich, w szczególności Francji, Włoch czy Niderlandów. Ten ekonomiczny dystans utrzymywał się przez całe średniowiecze i przyczyniał się – zdaniem jednego z najwybitniejszych polskich historyków gospodarki, Mariana Małowista (1909–1988) – do powolnego wzrostu gospodarczego na ziemiach polskich także w kolejnych stuleciach. […]

Małowist pisał, że w tamtych czasach „człowiek stanowił zasadniczy czynnik produkcji”, a więc gęstość zaludnienia i dynamika jej wzrostu działały jako „bardzo ważna stymulacja” wzrostu gospodarczego. W istocie można posunąć się dalej: w świecie gospodarki maltuzjańskiej gęstość zaludnienia stanowi ścisły wyznacznik poziomu rozwoju gospodarczego.

Przypomnijmy, w wydanym po raz pierwszy w 1798 r. Prawie ludności pastor Thomas Robert Malthus (1766–1834) przekonywał, że populacja ludzi rządzi się tymi samymi niezmiennymi zasadami, co „naturalna gospodarka” wszystkich zwierząt.

Liczebność zwierząt i ludzi zależy od tego samego – dostępności pożywienia.

Tak jak zwierzęta, człowiek rozmnaża się, dopóki brak żywności nie postawi granicy przyrostowi populacji. Wzrost produkcji żywności – spowodowany np. lepszymi technikami uprawy – zawsze będzie prowadził do wzrostu liczby ludności.

Dlatego w świecie maltuzjańskim nie jest możliwy stały wzrost powszechnego dobrobytu. Wzrost liczby ludzi powoduje, że ich dochody, zgodnie z prawem podaży i popytu, zawsze zmierzają do granicy minimum egzystencji. Czasami ten proces może trwać przez pokolenie czy dwa i wówczas ludzie mogą cieszyć się nieco większym dobrobytem (jak w Europie Zachodniej po wielkiej epidemii dżumy w XIV w.). Jednak stały wzrost poziomu życia jest niemożliwy: postęp technologiczny przynosi tylko wzrost liczby ludności (zakładając, jak pisał Malthus, że „pasja pomiędzy płciami” jest stała i że liczba ludności zawsze rośnie szybciej niż produkcja żywności).

W modelu tym – to interesujący paradoks – różnice społeczne miały więc inne znaczenie niż dzisiaj. Efektywne podniesienie poziomu życia większości było na dłuższą metę niemożliwe. Dlatego niezależnie od tego, ile ziemi i bogactw skupili w swoim ręku władca i jego towarzysze, poziom życia ich poddanych zmieniał się w bardzo niewielkim zakresie: tylko ludzi w państwie przybywało lub ubywało. Wzrost poziomu życia mas był zawsze chwilowy, a ogromna większość ludzkości nieustannie żyła na granicy głodu.

Wyrwanie się z maltuzjańskiej pułapki było możliwe tylko dzięki postępowi technologicznemu. Żeby realne dochody zwiększały się, produkcja żywności musiałaby rosnąć szybciej od liczby ludzi. Przez wiele stuleci zmiany technologiczne zachodziły jednak zbyt wolno. Jeżeli przyjąć, że liczba ludności rosła w tempie równym rozwojowi technologii, to okaże się, że wzrost wydajności produkcji od 1000 do 1820 r. nie przekraczał średnio 0,05 proc. rocznie – czyli sięgał zaledwie jednej trzydziestej XX-wiecznego poziomu. Zatem skoro w X w. gęstość zaludnienia państwa Piastów była wielokrotnie niższa niż gęstość zaludnienia w królestwie Roberta II Pobożnego (972–1031), władcy Francji, pokazywało to w praktyce przepaść w technikach uprawy, organizacji produkcji oraz w ogólnym poziomie rozwoju gospodarczego. Władcy Polski – podobnie jak władcy innych krajów środkowej i wschodniej Europy – przez stulecia byli biedniejszymi kuzynami potężnych monarchów Zachodu. Chyba że – jak rosyjscy carowie – panowali nad naprawdę ogromnymi terytoriami.

Mamy więc kraj ubogi, rzadko zaludniony, o niskim poziomie kultury materialnej w porównaniu z Zachodem. Jak mogło na nim powstać państwo? Niedawne odkrycia archeologiczne sugerują, że państwo Piastów wyrosło dosłownie w ciągu kilku dekad. Nie wykształciło się też raczej, jak sądziło wcześniej wielu historyków, na drodze ewolucji z organizacji plemiennych – stabilnych, budowanych na fundamencie rodowego pokrewieństwa organizmów społecznych. Bardzo trudno też wytyczyć jasną granicę pomiędzy władzą plemiennego wodza a władzą państwową: poszczególne plemiona mogły długo wchodzić w skład większego organizmu, zachowując w różnym stopniu swoją odrębność.

Powstanie księstwa Mieszka wypada więc uznać za realizację klasycznego scenariusza opisywanego m.in. na przykładzie wczesnych państw afrykańskich.

Jego zalążkiem są wódz i jego drużyna. To jądro formuje się wówczas, kiedy na danym terytorium pojawiają się zasoby, które można kontrolować i po które opłaca się sięgnąć. Zarówno w wypadku wczesnych państw afrykańskich, jak i zapewne państwa Mieszka tym zasobem byli ludzie; niewolnicy, których można było sprzedawać zagranicznym kupcom, główny towar eksportowy niezbyt żyznego i pozbawionego innych bogactw terytorium. Władca kontrolował jego centrum, przesiedlał tam podbitą ludność, ale im dalej, tym bardziej jego władza słabła. Na peryferiach ograniczała się ona do pobierania okazjonalnych danin i odbierania takichże hołdów. Pograniczni władcy mogli wspierać księcia, wysyłając mu oddziały zbrojne do pomocy w razie potrzeby. Później – i znów historia Afryki dostarcza tutaj przykładów – instytucje nowego państwa mogły być formowane i przekształcane na wzór krajów sąsiednich. Gospodarka peryferyjnego państwa Mieszka podporządkowana była jego relacji z europejskim centrum. Wczesne afrykańskie państwa w znakomitej większości powstały dlatego, że zaistniał zewnętrzny popyt na towar, który mogły eksportować – w tym wypadku niewolników na plantacje za Atlantykiem. Były też, podobnie jak państwo Mieszka (i wczesne państwa opisywane przez Scotta), podatne na kryzysy, które często prowadziły do ich rozpadu i zastąpienia przez organizm uformowany wokół innego administracyjnego centrum.

Grody powstają wówczas szybko i równie szybko znikają z mapy, a archeolodzy odkrywają stulecia później ślady pożarów – tak było w Czechach, kiedy w IX/X w. jednoczyła je dynastia Przemyślidów, i tak było we wczesnym państwie Piastów parę dekad później.

Państwo piastowskie – jak wskazują na to np. badania archeologiczne grodów w Wielkopolsce – pojawia się od trzeciej dekady X w., a jego rozwój demograficzny wywołany był przyczynami politycznymi: to władza spowodowała koncentrację ludności i powstanie grodów, a nie na odwrót.

Czy było w tym procesie dużo przemocy? Tego nie wiemy. Jedna z teorii dyskutowanych przez specjalistów głosi, że sam ośrodek państwa – pomiędzy Gnieznem a Poznaniem, na obszarze mniej więcej 5 tys. km2, a więc relatywnie niewielki – powstał na mocy umowy czy ugody i dopiero dalsze rozszerzanie granic piastowskiej władzy odbyło się dzięki podbojowi. Mógł być w tym, jak spekulują historycy, także element transakcji. W zamian za zrzeczenie się rozmaitych elementów władzy Piastowie gwarantowali mieszkańcom mir – porządek sakralny, społeczny, gospodarczy oraz militarny. W zamian za opiekę otrzymywali władzę polityczną i daniny. Nie jest jasne, czy głównym ośrodkiem tego państwa był układ czterech grodów – Gniezna, Poznania, Giecza i Ostrowa Lednickiego (te dwa ostatnie miały być rezydencjami Piastów) – czy też znajdował się on w okolicach Kalisza.

Konkurencyjna teoria mówi o podboju: wódz (którego imienia nie znamy) uformował państwo, łącząc w brutalny sposób w jeden organizm bardzo różne wspólnoty lokalne. W obu tych koncepcjach fundamentem wczesnego państwa piastowskiego – albo na pograniczach, poza granicami niewielkiego centrum, albo na całym obszarze – była jednak przemoc. Scalenie podbitych wspólnot, których na początku nic poza władzą księcia nie łączyło, w jeden podmiot, musiało być procesem bolesnym i zapewne krwawym. Nie istnieją jednak na ten temat źródła pisane. Trudno też mówić o jakiejkolwiek spójności czy jednolitości etnicznej tego terytorium. Nie ma mowy więc o pokojowym zjednoczeniu ziem polskich przez plemię Polan – przyszłych Polaków – jak twierdzili historycy jeszcze kilkadziesiąt lat temu. „Istnienia plemienia Polan nie potwierdza żadne źródło z I tysiąclecia” – przypomina archeolog Przemysław Urbańczyk. Sklejona przez Piastów wspólnota nie miała charakteru protonarodu, który projektowali na nią historycy z XIX i XX w. Ostatnie badania dendrologiczne – umożliwiające precyzyjne datowanie grodów – sugerują, że „wybuch” państwa piastowskiego nastąpił ok. 940 r.

Czy Mieszko handlował niewolnikami? Bardzo prawdopodobne, a nawet jeśli nie robił tego jako władca, to czerpał z tego zyski pośrednio, pobierając daniny od tych, którzy niewolnikami handlowali. Niewolnictwo było silnie rozwinięte w krajach słowiańskich. Handel niewolnikami jest poświadczony w dokumentach jeszcze na przełomie XII i XIII w. Wiemy np., że możnowładca Piotr Włast miał niewolników, których kupił i których podarował klasztorowi we Wrocławiu. Niewolnicy stanowili część czeladzi domowej i byli osadzani na roli. Na przełomie IX i X stulecia przypadł szczyt eksportu niewolników ze wschodniej Europy do świata arabskiego. Arabscy pisarze odnotowali, że handlowano zarówno niewolnicami, jak i młodymi kastratami, kupowanymi do haremów i służby pałacowej. Importowano także silnych młodzieńców do osobistej straży arabskich władców. Z krajów północnej i północno-zachodniej Słowiańszczyzny strumień ludzi płynął na targi w Hiszpanii, a z południa i wschodu – do irańskiego Chorasanu, wówczas prowincji państwa Samanidów. Na ziemiach polskich odnaleziono dużo dirhemów samanidzkich. Na wschodzie Europy niewolnikami handlowali przede wszystkim przedsiębiorczy kupcy z odległej Chiwy w Azji Środkowej, na zachodzie – kupcy żydowscy mieli największe udziały w tym handlu. Do hiszpańskiej Galicji niewolnicy z krajów słowiańskich, w tym z ziem polskich, trafiali także przez kupców duńskich i normańskich, którzy porywali ich lub skupowali na południowych wybrzeżach Bałtyku. Główna trasa lądowa tego handlu prowadziła na zachód przez Ratyzbonę, Moguncję, Verdun i Lyon, skąd eksportowano Słowian do Hiszpanii i krajów Maghrebu. Lyon i Verdun były głównymi punktami handlowymi na Zachodzie, na Wschodzie – Praga, w której działał wielki targ niewolników. Skala handlu niewolnikami była duża: według pisarza arabskiego z XVII w. liczba Słowian na służbie kalifa Kordoby Abd ar-Rahmana III wzrosła z 3750 na początku do 13 tys. 750 ludzi pod sam koniec jego rządów.

Co wiemy jednak o ludziach, którzy żyli w państwie pierwszych Piastów? Zwłaszcza o tych, którzy […] należeli do ogromnej masy poddanych, „ludzi czyichś”, tych, których wolność z punktu widzenia czytelnika z XXI w. była drastycznie ograniczona? Zanim do tego dojdziemy, czas uczynić ważne zastrzeżenie. „Wolność” we współczesnym rozumieniu tego słowa jest późnym, XVIII-wiecznym wynalazkiem. Przez znaczną część historii przytłaczająca większość ludzi nie była „wolna” w dzisiejszym rozumieniu – nie tylko w sensie politycznym, lecz także ekonomicznym.

Większość ludzkości – i Polska nie jest tu żadnym wyjątkiem – przez niemal całe znane nam dzieje nie miała możliwości wyboru pracodawcy, a często także nie mogła zmienić swojego zawodu czy miejsca pracy (albo mogła to zrobić pod pewnymi ściśle sprecyzowanymi i drastycznie ograniczającymi swobodę warunkami).

Idea „wolnej pracy” zyskiwała popularność na Zachodzie dopiero od XVIII w. dzięki pismom oświeceniowych filozofów i ekonomistów (zwłaszcza Adama Smitha), którzy wierzyli, że wolna praca będzie zawsze bardziej wydajna od niewolnej (ten pogląd, […] wywarł duży wpływ na polską debatę o pańszczyźnie). […] Mówiąc o wolności, ekonomiści aż do XX w. mieli też na myśli wolność jednostki rodzinnej, której głową był mężczyzna; kobiety pozostawały osobami w naturalny i prawny sposób podporządkowanymi.

Od XVIII w. zauważano jednak, że modernizacja sposobów produkcji zachodzi najszybciej w miejscach, w których praca całkowicie podlega zasadom rynkowym.

Dyskutowano, czy groźba głodu i chęć nabycia nowych dóbr materialnych motywują do pracy bardziej od bezpośredniego przymusu właściciela – i wielu pracodawców uznawało, że tak właśnie jest. Wcześnie też ekonomiści zdali sobie sprawę, że rynkowy przymus pracy może być równie, o ile nie bardziej opresyjny od tego, który narzuca formalny status niewolnika lub poddanego.

Z punktu widzenia rolnika z czasów przedprzemysłowych – żyjącego, przypomnijmy, bardzo blisko granicy biologicznego przetrwania – większy zakres osobistej wolności wiązał się zawsze z większym ryzykiem głodu. Wielki historyk gospodarki Moses I. Finley (1912–1986) przypominał, że w starożytnym Rzymie Katon Starszy (234 p.n.e–149 p.n.e.) dawał swoim niewolnikom trzymanym w łańcuchach więcej chleba, niż w tym samym czasie przeciętny chłop w grecko rzymskim Egipcie mógł uzyskać dzięki mozolnej pracy na swoim poletku.

Jakiekolwiek możliwości dodatkowego zarobku w społeczeństwie przedprzemysłowym były rzadkie i trudno było na nie liczyć. Ograniczały się najczęściej do pomocy w zbiorach w sąsiednim latyfundium, ale rynek pracy w dzisiejszym rozumieniu nie istniał. Zacytujmy Finleya – pamiętając, że to, co pisze o starożytności, można odnosić do każdego społeczeństwa przed rewolucją przemysłową, w tym polskiego: „Mamy tu do czynienia z głębokim paradoksem. Im bardziej wolny był starożytny chłop, w sensie politycznym, tym bardziej prekarna była jego pozycja. Klient w okresie archaicznym lub colonus w późnym imperium mógł być na różne sposoby uciskany, ale był także chroniony przez swojego patrona przed wydziedziczeniem, od twardego losu dłużnika, a w zasadzie także od służby wojskowej […]. Naprawdę wolny chłop nie miał ochrony przed serią złych zbiorów, przymusową służbą wojskową, przed nieskończonymi łupiestwami wojen domowych i zewnętrznych”.

Reakcje na te wszystkie zagrożenia – aż nadto realne – były rozmaite: od ucieczki do miast (gdy była możliwa) poprzez bunt i porzucenie miejsca pracy aż po dobrowolne oddanie się w niewolę, które wcale nie było czymś rzadkim. Dynamika panowania poddaństwa, niewoli oraz buntu była więc często skomplikowana i niejednoznaczna: opresja była faktem, ale znoszono ją niekiedy dlatego, że wydawała się korzystną ceną za względne bezpieczeństwo – lepszym z dwóch złych wyborów.

To przyzwolenie było elementem postawy, którą przywoływany już James C. Scott nazwał „etyką przetrwania”. Scott badał postawy życiowe rolników w XX-wiecznej Azji Południowo-Wschodniej, ale uważał, że jego obserwacje można odnieść do chłopskiej „ekonomii moralnej” w ogóle. Chłop ceni bezpieczeństwo i stabilność ponad wszystko: przetrwanie jest jego naczelnym imperatywem moralnym. Jeśli pojawiają się innowacje – nowe techniki upraw, nowe zboża, możliwości sprzedaży rynkowej tego, co wyprodukuje – podchodzi do nich bardzo ostrożnie i sceptycznie.

Maksymalizacja zysku, naczelna zasada życia i interesów burżuazji, zawsze pozostaje czymś trzeciorzędnym, ponieważ zwiększa ryzyko, a margines ryzyka w życiu chłopskim jest bardzo niewielki. Bliskie więzi sąsiedzkie, w których pomaga się na zasadach wzajemności – oraz bycie klientem możnego patrona – pozostają jedynym zabezpieczeniem, na które może liczyć. Sąsiedzi są równie biedni jak on, ale może na nich polegać; pan ma zasoby, ale pozostaje kapryśny i nie można na niego liczyć. Scott pisał to o Azji, ale dotyczy to równie dobrze chłopów na ziemiach polskich przez większą część naszej historii.

Chłop musi zawsze oddawać to, co wyprodukuje – czy to w postaci danin, czy podatków. To, ile zostanie na wyżywienie jego i jego rodziny, jest jego główną troską; mniej go obchodzi bezwzględna wysokość produkcji od stanu jego własnej spiżarni. Prawo do przetrwania jest jego głównym prawem politycznym i moralnym; kiedy wysokość danin zagraża chłopskiej egzystencji, wybucha bunt. Scott pisał: „W wymiarze minimalnym ta zasada oznaczała, że elity nie mogą zawłaszczać rezerw pozwalających na przetrwanie ubogich; w wymiarze maksymalnym oznaczała, że elity mają zobowiązanie moralne, aby zapewnić utrzymanie swoim poddanym w czasach niedoboru”.

Oba te mechanizmy działały także na polskiej wsi pańszczyźnianej (jak zobaczymy w rozdziale czwartym). Bunt jest jednak wyrazem ostateczności, reakcją na biologiczne zagrożenie. Pierwszeństwo zasady przetrwania sprawia, że wcześniej muszą się wyczerpać inne możliwości – z ucieczką do lepiej rokującego miejsca (lub pod opiekę lepszego pana) włącznie.


[...]











Przed elitą wczesnego państwa polskiego stało więc subtelne polityczne i ekonomiczne zadanie: skutecznego uzyskania z takiego kraju i przy pomocy nielicznych poddanych jak największych zasobów na własny użytek. Robiła to w bardzo kreatywny i pomysłowy sposób – budując przy okazji instytucje różniące się od francuskich, angielskich czy niemieckich. Żeby realizacja tego zadania była skuteczna, polska elita musiała liczyć się np. z tym, że gospodarka Polski średniowiecznej była w znacznie mniejszym stopniu oparta na pieniądzu niż gospodarki krajów Zachodu. Obieg pieniężny był mniejszy i większa część transakcji odbywała się w naturze. Miasta były mniejsze i miały mniej towarów do zaoferowania. Stąd renta uzyskiwana od chłopów w postaci ich pracy była zatem albo jedynym dostępnym rozwiązaniem, albo relatywnie bardziej zyskownym niż na Zachodzie.

Chłop pozostawał też najcenniejszym składnikiem majątku. Ziemi było dużo i znaczna jej część leżała odłogiem. Ludzi do pracy brakowało. To ograniczało skłonność do przemocy. Nie władza, która była zazwyczaj słaba, chroniła poddanego, zwłaszcza w późniejszych wiekach, lecz racjonalna kalkulacja. Władza społeczna na ziemiach polskich działała w inny sposób niż na karaibskich plantacjach, na których często opłacał się większy poziom brutalności i jawnej przemocy, ponieważ deficyt siły roboczej zawsze można było pokryć jej importem.

Przykładem pomysłowości władcy mogą być osady służebne, czyli osady ludzi zobowiązanych przez księcia do wykonywania określonych czynności; zdaniem niektórych historyków zakładano je po to, żeby pozyskać dostęp do dóbr – np. rzemieślniczych – których nie można było pozyskać w żaden inny sposób, nawet przez handel.

We wczesnym średniowieczu ekstrakcja polegała na rozbudowanym i skomplikowanym systemie powinności. Uzależnione były one często od sprzężaju, czyli liczby zwierząt pociągowych w gospodarstwie (umożliwiały one bardziej wydajną pracę na roli). Ustalenia dotyczące powinności były niesłychanie drobiazgowe, co pokazuje ich znaczenie i świadczy o zainteresowaniu ze strony zarówno księcia, jak i poddanych. Książę śląski Henryk Brodaty, nadając w 1204 r. immunitet gospodarczy – czyli zwolnienie z ciężarów – klasztorowi Cysterek w Trzebnicy, starannie opisał powinności poszczególnych kategorii osadników, niektórych traktując indywidualnie. Przy dwóch przypuszczalnych narocznikach zanotowano, że przy pojedynczym sprzężaju (dwa woły lub koń) mają dawać pół donicy miodu, 10 denarów i pół ćwiertni owsa w ramach powinności stanu (więcej o niej niżej). Część osadników miała wyliczone świadczenia w zależności od wielkości gospodarstwa. Część (np. rybacy) w produktach, które mogli dostarczyć: piekarze i szewc mieli oddawać zakonnicom po 20 denarów lub określoną ilość pszenicy i owsa. Poddany klasztoru, który miał cztery woły lub więcej, miał dać cztery miary pszenicy, dwie miary żyta, dwie miary owsa i donicę miodu. Wszyscy poddani mieli także oddawać dwoje kurcząt, dwa sery i 10 jaj. W zamian za posługi dla księcia – z których ich Henryk tym dokumentem zwalniał – nakazano im odrobić w polu sześć dni w roku; każdy miał zżąć pięć kóp zboża, zsiec trzy wozy siana.

LISTA BYŁA DŁUGA.



Na powinności wobec pana świeckiego czy kościelnego nakładały się jeszcze obowiązki wobec księcia. We wczesnym średniowieczu prawdopodobnie panowie świeccy i duchowni mogli dostawać od poddanych te świadczenia, które książę odstąpił im jednoznacznie. Poza tym mieli tytuł tylko do tych robocizn, które poddani wykonywali dla księcia w jego gospodarstwie, a więc które nie były świadczeniami dla władzy państwowej.

Wyliczenie już samych tylko kategorii tych powinności może zapełnić cały rozdział tej książki. Pierwszą z nich była stróża – danina lub posługa publiczna, polegająca na dostarczaniu stróżów do pilnowania wsi, grodów i podróżującego orszaku monarchy. Dokumenty podają jednak na jej temat sprzeczne informacje; stróża według innych źródeł mogła być także daniną opłacaną w bydle, niekiedy w ziarnie, czasem przez uboższe wsie w skórkach kun lub wiewiórek, pełniących funkcję drobnej monety. Zbierano też daniny na utrzymanie dworu książęcego.

[…]



O początkach tych danin wiadomo niewiele, a ich nazwy często utrudniają zorientowanie się, czy mamy do czynienia z różnymi zobowiązaniami, czy z jednym występującym pod różnymi nazwami. W swojej kronice Jan Długosz pisze, że Bolesław Chrobry ludu nie uciskał i na dwór książęcy podczas świąt ludność znosiła mu daninę dobrowolnie – kurczęta, prosięta, gęsi, miód, pszenicę i owies. Dopiero królowa Ryksa czy też Rycheza (993?–1063) po śmierci męża usiłowała zamienić je w stałe zobowiązanie. Przemysł, książę wielkopolski, w 1242 r. nadał klasztorowi lubieńskiemu przywilej, w którym mówi, że klasztor ma otrzymywać krowę i wołu, które co roku chłopi z określonej wsi mieli na stół książęcy dostarczyć.

Kolejną uciążliwą powinnością był stan, czyli obowiązek utrzymania podróżującego księcia i jego dworu. Władca podróżował po kraju z wielu powodów, z których najważniejszym było to, że jego bliska obecność pozostawała głównym sposobem utrzymania kontroli nad terytorium i ludnością; musiał też brać udział w wiecach i rozstrzygać spory. Stopniowo jednak prawo do stanu nabywali możni i urzędnicy władcy, nawet niższego szczebla. Z czasem też zamieniono go w stałą daninę – pobieraną nawet wówczas, kiedy książę akurat danych ziem nie objeżdżał. Z przywileju wydanego w 1211 r. dla biskupstwa wrocławskiego przez Henryka Brodatego można wnioskować, że książę pobierał z ziemi otmuchowskiej tytułem stanu 60 donic miodu co roku. Z innego przywileju księcia, nadanego w 1224 r. dla klasztoru w Trzebnicy, dowiadujemy się, że z grodu Milicza pobierał trzy donice miodu i 50 małych wozów siana. Jak bardzo ta powinność była nadużywana, można wnioskować ze skarg – np. w 1180 r. na synodzie w Łęczycy skarżono się, że nie tylko książę, ale też prawie każdy możny i szlachcic wyciągał daninę od włościan, nawet wówczas, kiedy przyjeżdżał w okolicę tylko na polowanie. Z przywilejów książąt dzielnicowych z XIII w. wynika, że stanu domagali się książęcy łowcy, miodosytnicy, piwowarowie i piekarze – przy czym piwowarowie jeszcze mieli oczekiwać dostarczenia słodu do warzenia piwa.

[…]



O kreatywności najwcześniejszych polskich władców w poszukiwaniu dochodów i zwiększaniu obciążeń świadczy danina nazywana monetą czy obrazem. Władcy systematycznie obniżali wagę monet w srebrze. Książę nakazywał więc wycofanie starej monety z obiegu i poddani musieli odnosić je do mincerzy, żeby wymienić na nowe. W czasie tej procedury trzeba było dać np. 14 denarów starych, żeby dostać 10 czy 12 nowych. To oczywiście nie był koniec: poddanych często zobowiązywano do posług w razie wojny oraz do budowy i utrzymania grodów. Np. z przywileju księcia Bolesława Wstydliwego z 1255 r. dowiadujemy się, że w wypadku przebudowy i odnowienia grodów w Krakowie lub w Sandomierzu poddani biskupa krakowskiego mają w każdym z nich wybudować po dwie izby. Książę powołuje się przy tym na dawny obyczaj. Powinności wojskowe obejmowały także służbę – np. obowiązek wystawienia jednego zbrojnego określonej kategorii (i wyposażenia) na 10 rodzin. Podobnie jak posługi cywilne, były one równocześnie bardzo zróżnicowane i bardzo szczegółowo zapisywane oraz dotykały w bardzo różnym stopniu poszczególnych kategorii ludności.

Swoją część brał także Kościół: dziesięcina stała się obowiązującą daniną dla duchowieństwa około XIII w. i stanowiła dotkliwy ciężar (wcześniej pobierano ją od dochodów książęcych; potem chłopi musieli dostarczyć sami co dziesiąty snopek zboża ze swoich pól Kościołowi). Według prowincjonalnego synodu wrocławskiego z 1248 r. chłopu nie wolno było zabrać z pola swojego zboża, dopóki się nie wypłacił.

Chłopi notorycznie zalegali z dziesięciną, za co rzucano na nich klątwy i odmawiano posług religijnych, ale stosowano także dotkliwe świeckie kary.

To nadal nie koniec: chłopi mieli także posługi łowieckie – psarskie, bobrowe, sokołowe – zobowiązujące ich np. do pomocy w polowaniu. Jedna z nich, zmuszająca do pilnowania gniazd sokolich, żeby pisklęta z nich nie wypadły, zanim ich nie zabierze sokolnik, musiała być szczególnie uciążliwa, ponieważ skarżono się na nią aż do Rzymu. Papież Grzegorz X (1210–1276) zalecił polskim biskupom i arcybiskupom, aby wpłynęli na polskich władców i skłonili ich do rezygnacji z tego przywileju. Istniały także posługi komunikacyjne, takie jak przewód – obowiązek przewożenia rzeczy należących do władcy – oraz powóz, czyli przewożenie samego władcy i jego orszaku, oraz podwoda, czyli dostarczanie koni do jazdy pod wierzch (nieraz nadużywanych podczas zbyt szybkiej jazdy).

Nie sposób oczywiście przy tych źródłach oszacować skali eksploatacji i ustalić, jaką część wytworzonych przez chłopów zasobów przejmowała elita, a ile im pozostawiano. Pierwsze bardzo ostrożne hipotezy dotyczą dopiero czasów znacznie późniejszych. Nie można mieć wątpliwości, że był to kościec samego państwa i rdzeń jego gospodarczej organizacji, a kreatywność władzy w tworzeniu kolejnych obciążeń była imponująca.

Istnieją sprzeczne opinie wśród historyków na temat tego, na ile poddani byli chronieni przed nadmiernymi obciążeniami narzucanymi przez świeckich i kościelnych panów przez aparat władzy – oraz których kategorii chłopów i w jakim zakresie ta ochrona dotyczyła.

Dokument z 1218 r. opowiada historię sięgającą czasów Bolesława Krzywoustego.

Władca ów nadał niejakiemu Hugonowi Bukrowi na własność siedemnastu wieśniaków, prawdopodobnie jeńców wojennych. Uciekli oni od syna Bukra – Marcina Grabika – i schronili się w poszukiwaniu azylu w kościele we Włocławku.

Grabik udał się tam, gdzie udałby się każdy, aby zabiegać o utraconą własność – do sądu książęcego. Zachowały się nazwiska sędziów: cześnik książęcy Świętosław z Przybysławic oraz podsędek Piotr, syn Gościsława Golejowicza, nakazali powrót poddanych do Grabika. Nie zajęli się przy tym w ogóle sednem ich sprawy, czyli skargami na złe traktowanie.

W niedalekiej przyszłości – jak zobaczymy – los poddanych miał się jeszcze pogorszyć.

Dodatkowe informacje

W szkołach uczą nas, że mamy być dumni z państwa polskiego. Lecz jak twierdzi Adam Leszczyński w książce "Ludowa historia Polski" – wczesne państwa były "machinami kontroli populacji". Czy państwo było więc potrzebne mieszkańcom dawnej Polski? Jeśli tak, to wszystkim, czy tylko niektórym?

Wersja PDF