W.I. Lenin i J. Stalin

Przeciwko „lewicowości” w komuniźmie

Linki:

W.I. Lenin – Nowe czasy, stare błędy w nowej postaci
Każdy‎ ‎swoisty‎ ‎zwrot‎ ‎historyczny‎ ‎wywołuje‎ ‎pewne‎ ‎przemiany‎ ‎dotyczące‎ ‎postaci‎ ‎wahań‎ ‎drobnomieszczańskich,‎ ‎zawsze‎ ‎zachodzących‎ ‎obok‎ ‎proletariatu,‎ ‎zawsze‎ ‎w‎ ‎tym‎ ‎lub‎ ‎owym‎ ‎stopniu przenikających‎ ‎do‎ ‎środowiska‎ ‎proletariatu.
Reformizm‎ ‎drobnomieszczański,‎ ‎tj.‎ ‎lokajstwo‎ ‎wobec‎ ‎burżuazji,‎ ‎osłonięte‎ ‎poczciwiutkimi‎ ‎frazesami‎ ‎demokratycznymi‎ ‎i‎ ‎«socjal»-demokratycznymi‎ ‎i‎ ‎bezsilnymi‎ ‎życzeniami,‎ ‎oraz‎ ‎drobnomieszczańska‎ ‎pseudorewolucyjność,‎ ‎groźna,‎ ‎nadęta,‎ ‎chełpliwa‎ ‎w słowach,‎ ‎w‎ ‎rzeczywistości‎ ‎jałowa‎ ‎w‎ ‎swoim‎ ‎rozdrobnieniu,‎ ‎rozproszeniu,‎ ‎ograniczeniu‎ ‎—‎ ‎takie‎ ‎są‎ ‎dwa‎ ‎«potoki»‎ ‎tych‎ ‎wahań.
Są‎ ‎one‎ ‎nieuchronne,‎ ‎dopóki‎ ‎najgłębsze‎ ‎korzenie‎ ‎kapitalizmu‎ ‎nie zostały‎ ‎usunięte.‎ ‎Forma‎ ‎ich‎ ‎zmienia‎ ‎się‎ ‎obecnie‎ ‎w‎ ‎związku‎ ‎ze znanym‎ ‎zwrotem‎ ‎w‎ ‎polityce‎ ‎ekonomicznej‎ ‎władzy‎ ‎Radzieckiej. Podstawowym‎ ‎motywem‎ ‎elementów‎ ‎mieńszewizujących‎ ‎jest: «Bolszewicy‎ ‎zawrócili‎ ‎wstecz,‎ ‎do‎ ‎kapitalizmu,‎ ‎tu‎ ‎czeka‎ ‎ich‎ ‎śmierć. A‎ ‎jednak‎ ‎okazuje‎ ‎się,‎ ‎że‎ ‎rewolucja‎ ‎jest‎ ‎burżuazyjna‎ ‎—‎ ‎nie‎ ‎wyłączając‎ ‎Rewolucji‎ ‎Październikowej!‎ ‎Niech‎ ‎żyje‎ ‎demokracja!‎ ‎Niech żyje‎ ‎reformizm!»‎ ‎Czy‎ ‎głosi‎ ‎się‎ ‎to‎ ‎czysto‎ ‎po‎ ‎mieńszewicku,‎ ‎czy po‎ ‎eserowsku,‎ ‎w‎ ‎duchu‎ ‎II‎ ‎czy‎ ‎II½ ‎ ‎Międzynarodówki,‎ ‎istota rzeczy‎ ‎pozostaje‎ ‎ta‎ ‎sama.
Podstawowym‎ ‎motywem‎ ‎półanarchistów,‎ ‎w‎ ‎rodzaju‎ ‎niemieckiej‎ ‎«Komunistycznej‎ ‎Partii‎ ‎Robotniczej‎»‎ ‎lub‎ ‎tej‎ ‎części‎ ‎naszej byłej‎ ‎opozycji‎ ‎robotniczej,‎ ‎która‎ ‎opuściła‎ ‎partię‎ ‎albo‎ ‎odchodzi od‎ ‎niej,‎ ‎jest‎ ‎następujące‎ ‎twierdzenie:‎ ‎«Nie‎ ‎wierzą‎ ‎teraz‎ ‎bolszewicy‎ ‎w‎ ‎klasę‎ ‎robotniczą!»‎ ‎Wysnuwa‎ ‎się‎ ‎stąd‎ ‎hasła,‎ ‎mniej‎ ‎więcej podobne‎ ‎do‎ ‎kronsztackich‎ ‎z‎ ‎wiosny‎ ‎1921‎ ‎roku.
Narzekaniom‎ ‎i‎ ‎panice‎ ‎filistrów‎ ‎spod‎ ‎znaku‎ ‎reformizmu‎ ‎i‎ ‎filistrów‎ ‎spod‎ ‎znaku‎ ‎pseudorewolucyjności‎ ‎należy‎ ‎przeciwstawić możliwie‎ ‎najtrzeźwiejszą‎ ‎i‎ ‎najściślejszą‎ ‎analizę‎ ‎faktycznych‎ ‎sił klasowych‎ ‎i‎ ‎bezsporne‎ ‎fakty‎ ‎—takie‎ ‎jest‎ ‎zadanie‎ ‎marksistów.
Przypomnijcie‎ ‎sobie‎ ‎główne‎ ‎etapy‎ ‎naszej‎ ‎rewolucji:‎ ‎etap‎ ‎pierwszy,‎ ‎że‎ ‎tak‎ ‎powiem,‎ ‎czysto‎ ‎polityczny,‎ ‎od‎ ‎25‎ ‎października‎ ‎do 5‎ ‎stycznia,‎ ‎do‎ ‎rozpędzenia‎ ‎Zgromadzenia‎ ‎Ustawodawczego.‎ ‎W‎ ‎ciągu‎ ‎jakichś‎ ‎10‎ ‎tygodni‎ ‎uczyniliśmy‎ ‎100‎ ‎razy‎ ‎więcej‎ ‎dla‎ ‎rzeczywistego‎ ‎i‎ ‎całkowitego‎ ‎zniweczenia‎ ‎pozostałości‎ ‎feudalizmu‎ ‎w‎ ‎Rosji, niż‎ ‎mieńszewicy‎ ‎i‎ ‎eserowcy‎ ‎w‎ ‎ciągu‎ ‎8‎ ‎miesięcy‎ ‎[…] ‎ich‎ ‎władzy.‎ ‎Mieńszewicy‎ ‎i‎ ‎eserowcy,‎ ‎a‎ ‎za‎ ‎granicą‎ ‎wszyscy‎ ‎bohaterzy‎ ‎z‎ ‎II½‎ ‎Międzynarodówki,‎ ‎byli‎ ‎w‎ ‎tym‎ ‎czasie‎ ‎nędznymi‎ ‎zausznikami‎ ‎reakcji.‎ ‎Anarchiści‎ ‎bądź‎ ‎zdezorientowani‎ ‎stali na‎ ‎uboczu,‎ ‎bądź‎ ‎pomagali‎ ‎nam.‎ ‎Czy‎ ‎rewolucja‎ ‎była‎ ‎podówczas burżuazyjna?‎ ‎Oczywiście,‎ ‎że‎ ‎tak‎ ‎— ‎o‎ ‎tyle,‎ ‎o‎ ‎ile‎ ‎dokonaliśmy dzieła‎ ‎doprowadzenia‎ ‎rewolucji‎ ‎burżuazyjno-demokratycznej‎ ‎do końca,‎ ‎o‎ ‎ile‎ ‎nie‎ ‎było‎ ‎jeszcze‎ ‎walki‎ ‎klasowej‎ ‎wewnątrz‎ ‎«chłopstwa».‎ ‎Ale‎ ‎jednocześnie‎ ‎dokonaliśmy‎ ‎ogromnie‎ ‎dużo‎ ‎rzeczy,‎ ‎będących‎ ‎więcej‎ ‎niż‎ ‎rewolucją‎ ‎burżuazyjną,‎ ‎dla‎ ‎socjalistycznej, proletariackiej‎ ‎rewolucji:‎ ‎(1)‎ ‎Rozwinęliśmy,‎ ‎jak‎ ‎nigdy,‎ ‎siły‎ ‎klasy robotniczej‎ ‎w‎ ‎dziedzinie‎ ‎wykorzystania‎ ‎przez‎ ‎nią‎ ‎władzy‎ ‎państwowej.‎ ‎(2)‎ ‎Zadaliśmy‎ ‎dotkliwy‎ ‎cios‎ ‎o‎ ‎światowym‎ ‎znaczeniu fetyszom‎ ‎demokracji‎ ‎mieszczańskiej,‎ ‎Zgromadzeniu‎ ‎Ustawodawczemu‎ ‎i‎ ‎«swobodom»‎ ‎burżuazyjnym,‎ ‎w‎ ‎rodzaju‎ ‎wolności‎ ‎prasy dla‎ ‎bogaczy.‎ ‎(3)‎ ‎Stworzyliśmy‎ ‎radziecki‎ ‎typ‎ ‎państwa,‎ ‎stanowiący olbrzymi‎ ‎krok‎ ‎naprzód‎ ‎w‎ ‎porównaniu‎ ‎z‎ ‎latami‎ ‎1793‎ ‎i‎ ‎1871.
Etap‎ ‎drugi.‎ ‎Pokój‎ ‎brzeski.‎ ‎Rozpętanie‎ ‎frazesu‎ ‎rewolucyjnego przeciw‎ ‎pokojowi‎ ‎—‎ ‎na‎ ‎pół‎ ‎patriotycznego‎ ‎frazesu‎ ‎wśród‎ ‎eserowców‎ ‎i‎ ‎mieńszewików,‎ ‎«lewicowego»‎ ‎frazesu wśród‎ ‎części‎ ‎bolszewików. «Skoro‎ ‎pogodzili‎ ‎się‎ ‎z‎ ‎imperializmem‎ ‎—‎ ‎zginęli» — twierdził drobnomieszczanin,‎ ‎ulegając‎ ‎panice‎ ‎lub‎ ‎złośliwie‎ ‎tryumfując.‎ ‎Ale‎ ‎eserowcy‎ ‎i‎ ‎mieńszewicy‎ ‎godzili‎ ‎się‎ ‎z‎ ‎imperializmem,‎ ‎jako‎ ‎uczestnicy grabieży‎ ‎imperialistycznej‎ ‎przeciwko‎ ‎interesom‎ ‎robotników.‎ ‎My «godziliśmy‎ ‎się»,‎ ‎oddając‎ ‎grabieżcy‎ ‎część‎ ‎mienia,‎ ‎by‎ ‎uratować władzę‎ ‎robotników,‎ ‎by‎ ‎zadać‎ ‎jeszcze‎ ‎silniejsze‎ ‎ciosy‎ ‎grabieżcy. Frazesów,‎ ‎jakobyśmy‎ ‎«nie‎ ‎wierzyli‎ ‎w‎ ‎siły‎ ‎klasy‎ ‎robotniczej», nasłuchaliśmy‎ ‎się‎ ‎wówczas‎ ‎dowoli,‎ ‎ale‎ ‎nie‎ ‎daliśmy‎ ‎się‎ ‎otumanić tym frazesem.
Etap‎ ‎trzeci.‎ ‎Wojna‎ ‎domowa,‎ ‎poczynając‎ ‎od‎ ‎Czechosłowaków i‎ ‎«rzeczników‎ ‎Zgromadzenia‎ ‎Ustawodawczego»,‎ ‎a‎ ‎kończąc‎ ‎na Wranglu,‎ ‎lata‎ ‎1918—-1920.‎ ‎Nasza‎ ‎Armia‎ ‎Czerwona‎ ‎na‎ ‎początku wojny‎ ‎nie‎ ‎istniała.‎ ‎Armia‎ ‎ta‎ ‎i‎ ‎teraz‎ ‎jest‎ ‎znikoma‎ ‎w‎ ‎porównaniu z‎ ‎jakąkolwiek‎ ‎armią‎ ‎krajów‎ ‎Ententy,‎ ‎jeśli‎ ‎porównać‎ ‎siły‎ ‎materialne.‎ ‎A‎ ‎mimo‎ ‎to‎ ‎zwyciężyliśmy‎ ‎w‎ ‎walce‎ ‎z‎ ‎potęgą‎ ‎światową Ententy.‎ ‎Sojusz‎ ‎chłopów‎ ‎i‎ ‎robotników‎ ‎pod‎ ‎kierownictwem‎ ‎proletariackiej‎ ‎władzy‎ ‎państwowej‎ ‎został‎ ‎wzniesiony‎ ‎—‎ ‎jako‎ ‎zdobycz‎ ‎historii‎ ‎świata‎ ‎—‎ ‎na‎ ‎niebywałe‎ ‎wyżyny.‎ ‎Mieńszewicy‎ ‎i eserowcy‎ ‎odgrywali‎ ‎rolę‎ ‎pomocników‎ ‎monarchii—zarówno‎ ‎jawnych‎ ‎(ministrowie,‎ ‎organizatorowie,‎ ‎propagatorowie),‎ ‎jak‎ ‎zamaskowanych‎ ‎(najbardziej‎ ‎«wyrafinowana»‎ ‎i‎ ‎najpodlejsza‎ ‎pozycja‎ ‎Czernowów‎ ‎i‎ ‎Martowów,‎ ‎którzy‎ ‎jakoby‎ ‎umywali‎ ‎ręce,‎ ‎w rzeczywistości‎ ‎zaś‎ ‎działali‎ ‎piórem‎ ‎przeciwko‎ ‎nam).‎ ‎Anarchiści również‎ ‎miotali‎ ‎się‎ ‎bezsilnie;‎ ‎część‎ ‎pomagała‎ ‎nam,‎ ‎część‎ ‎dezorganizowała‎ ‎pracę‎ ‎krzykiem‎ ‎przeciw‎ ‎wojennej‎ ‎dyscyplinie‎ ‎lub sceptycyzmem.
Etap‎ ‎czwarty.‎ ‎Ententa‎ ‎zmuszona‎ ‎jest‎ ‎zaniechać‎ ‎(czy‎ ‎na‎ ‎długo?)‎ ‎interwencji‎ ‎i‎ ‎blokady.‎ ‎Niesłychanie‎ ‎zniszczony‎ ‎kraj‎ ‎zaledwie zaczyna‎ ‎przychodzić‎ ‎do‎ ‎siebie,‎ ‎widząc‎ ‎dopiero‎ ‎teraz‎ ‎całą‎ ‎głębię zniszczenia,‎ ‎znosząc‎ ‎niebywałe‎ ‎klęski,‎ ‎zastój‎ ‎przemysłu,‎ ‎nieurodzaje,‎ ‎głód,‎ ‎epidemie. Wznieśliśmy‎ ‎się‎ ‎na‎ ‎najwyższy‎ ‎a‎ ‎równocześnie‎ ‎na‎ ‎najtrudniejszy‎ ‎szczebel‎ ‎w‎ ‎naszej‎ ‎światowej‎ ‎walce‎ ‎historycznej.‎ ‎W‎ ‎danej chwili‎ ‎i‎ ‎w‎ ‎danym‎ ‎okresie‎ ‎czasu‎ ‎wróg‎ ‎nie‎ ‎jest‎ ‎ten‎ ‎sam,‎ ‎co‎ ‎wczoraj. Wrogiem‎ ‎są‎ ‎nie‎ ‎hordy‎ ‎białogwardzistów‎ ‎pod‎ ‎komendą‎ ‎obszarników,‎ ‎popieranych‎ ‎przez‎ ‎wszystkich‎ ‎mieńszewików‎ ‎i‎ ‎eserowców, przez‎ ‎całą‎ ‎burżuazję‎ ‎międzynarodową.‎ ‎Wrogiem‎ ‎jest‎ ‎powszednia ekonomika‎ ‎w‎ ‎drobnochłopskim‎ ‎kraju‎ ‎ze‎ ‎zrujnowanym‎ ‎wielkim przemysłem.‎ ‎Wrogiem‎ ‎jest‎ ‎żywioł‎ ‎drobnomieszczański,‎ ‎otaczający‎ ‎nas‎ ‎jak‎ ‎powietrze‎ ‎i‎ ‎przenikający‎ ‎z‎ ‎ogromną‎ ‎siłą‎ ‎w‎ ‎szeregi proletariatu.‎ ‎Proletariat‎ ‎zaś‎ ‎jest‎ ‎zdeklasowany,‎ ‎tj.‎ ‎wykolejony pod‎ ‎względem‎ ‎klasowym.‎ ‎W zastoju są‎ ‎fabryki,‎ ‎zakłady‎ ‎przemysłowe‎ ‎— proletariat‎ ‎jest‎ ‎osłabiony,‎ ‎rozproszony,‎ ‎wyczerpany.‎ ‎Natomiast żywioł‎ ‎drobnomieszczański‎ ‎wewnątrz‎ ‎kraju‎ ‎popiera‎ ‎cała‎ ‎burżuazja‎ ‎międzynarodowa,‎ ‎ciągle‎ ‎jeszcze‎ ‎zachowująca‎ ‎swoją‎ ‎potęgę‎ ‎światową.
I‎ ‎jakżeż‎ ‎tu‎ ‎nie‎ ‎stchórzyć?‎ ‎Szczególnie‎ ‎takim‎ ‎bohaterom‎ ‎jak mieńszewicy‎ ‎i‎ ‎eserowcy,‎ ‎jak‎ ‎rycerze‎ ‎z‎ ‎II½‎ ‎Międzynarodówki,‎ ‎jak bezradni‎ ‎anarchiści,‎ ‎jak‎ ‎amatorzy‎ ‎«lewicowego»‎ ‎frazesu.‎ ‎«Bolszewicy‎ ‎zawracają‎ ‎ku‎ ‎kapitalizmowi,‎ ‎koniec‎ ‎z‎ ‎bolszewikami,‎ ‎u‎ ‎nich też‎ ‎rewolucja‎ ‎nie‎ ‎wykroczyła‎ ‎poza‎ ‎ramy‎ ‎rewolucji‎ ‎burżuazyjnej».‎ ‎Tego‎ ‎rodzaju‎ ‎wrzasków‎ ‎wysłuchujemy‎ ‎dowoli. Myśmy‎ ‎jednak‎ ‎już‎ ‎do‎ ‎niego‎ ‎przywykli. Nie‎ ‎pomniejszamy‎ ‎niebezpieczeństwa.‎ ‎Patrzymy‎ ‎mu‎ ‎prosto‎ ‎w oczy.‎ ‎Powiadamy‎ ‎robotnikom‎ ‎i‎ ‎chłopom:‎ ‎niebezpieczeństwo‎ ‎jest wielkie‎ ‎—‎ ‎więcej‎ ‎zwartości,‎ ‎hartu,‎ ‎zimnej‎ ‎krwi,‎ ‎z‎ ‎pogardą‎ ‎przepędzajcie‎ ‎precz‎ ‎panikierów‎ ‎i‎ ‎krzykaczy‎ ‎w‎ ‎stylu‎ ‎mieńszewików‎ ‎i eserowców.
Niebezpieczeństwo‎ ‎jest‎ ‎wielkie.‎ ‎Wróg‎ ‎jest‎ ‎od‎ ‎nas‎ ‎znacznie silniejszy‎ ‎pod‎ ‎względem‎ ‎ekonomicznym,‎ ‎tak‎ ‎jak‎ ‎wczoraj‎ ‎był‎ ‎od nas‎ ‎znacznie‎ ‎silniejszy‎ ‎pod‎ ‎względem‎ ‎militarnym.‎ ‎Jesteśmy‎ ‎tego świadomi‎ ‎i‎ ‎w‎ ‎świadomości‎ ‎tej‎ ‎tkwi‎ ‎nasza‎ ‎siła.‎ ‎[…] wykorzystujemy‎ ‎swoje‎ ‎siły‎ ‎dla‎ ‎walki,‎ ‎—‎ ‎trzeźwiej,‎ ‎ostrożniej,‎ ‎bardziej‎ ‎przezornie‎ ‎ważymy‎ ‎szanse,‎ ‎—‎ ‎robimy wszystkie‎ ‎ustępstwa,‎ ‎umacniające‎ ‎nas‎ ‎i‎ ‎rozdrabniające‎ ‎siły‎ ‎wroga‎ […].
Mieńszewicy‎ ‎krzyczą,‎ ‎że‎ ‎podatek‎ ‎żywnościowy,‎ ‎wolność‎ ‎handlu,‎ ‎zezwolenie‎ ‎na‎ ‎koncesje‎ ‎i‎ ‎kapitalizm‎ ‎państwowy‎ ‎oznaczają bankructwo‎ ‎komunizmu.‎ ‎[Mienszewicy] ‎lubią‎ ‎wypowiadać‎ ‎głośne‎ ‎frazesy o‎ ‎tym,‎ ‎że‎ ‎obecnie‎ ‎bolszewicy‎ ‎«nie‎ ‎wierzą‎ ‎w‎ ‎siły‎ ‎klasy‎ ‎robotniczej».‎ ‎I‎ ‎mieńszewicy‎ ‎i‎ ‎elementy‎ ‎anarchizujące ‎przeobrażają‎ ‎to pojęcie‎ ‎«siły‎ ‎klasy‎ ‎robotniczej»‎ ‎w‎ ‎fetysz,‎ ‎nie‎ ‎umiejąc‎ ‎zastanowić się‎ ‎nad‎ ‎jego‎ ‎faktyczną,‎ ‎konkretną‎ ‎treścią.‎ ‎Zamiast‎ ‎studiów‎ ‎i‎ ‎analizy‎ ‎tej‎ ‎treści‎ ‎—‎ ‎podsuwa‎ ‎się‎ ‎deklamacje. […]
«Siły‎ ‎klasy‎ ‎robotniczej»‎ ‎nie‎ ‎są‎ ‎nieograniczone.‎ ‎Jeśli‎ ‎przypływ‎‎ świeżych‎ ‎sił‎ ‎z‎ ‎klasy‎ ‎robotniczej‎ ‎jest‎ ‎teraz‎ ‎słaby,‎ ‎czasem bardzo‎ ‎słaby,‎ ‎jeśli‎ ‎mimo‎ ‎wszystkie‎ ‎dekrety,‎ ‎wezwania,‎ ‎agitację, mimo‎ ‎wszystkie‎ ‎nakazy‎ ‎o‎ ‎«wysuwaniu‎ ‎bezpartyjnych»,‎ ‎przypływ‎ ‎sił‎ ‎jest‎ ‎mimo‎ ‎to‎ ‎słaby,‎ ‎to‎ ‎już‎ ‎tu‎ ‎wymigiwać‎ ‎się‎ ‎deklamacją ‎ ‎«niewierze‎ ‎w‎ ‎siły‎ ‎klasy‎ ‎robotniczej»‎ ‎—‎ ‎znaczy‎ ‎wpadać‎ ‎w‎ ‎czczę

F‎RAZESOWICZOSTWO.


Bez‎ ‎pewnego‎ ‎«okresu‎ ‎wytchnienia»‎ ‎—‎ ‎tych‎ ‎nowych‎ ‎sił‎ ‎być nie‎ ‎może;‎ ‎inaczej‎ ‎jak‎ ‎powoli‎ ‎one‎ ‎nie‎ ‎narastają;‎ ‎jeżeli‎ ‎nie‎ ‎powstaną‎ ‎na‎ ‎podstawie‎ ‎odbudowanego‎ ‎przemysłu‎ ‎wielkiego‎ ‎(tj. mówiąc‎ ‎ściślej‎ ‎i‎ ‎konkretniej,‎ ‎na‎ ‎podstawie‎ ‎elektryfikacji),‎ ‎to‎ ‎nie powstaną‎ ‎znikąd. […]
Gdy‎ ‎mieńszewicy‎ ‎gardłują‎ ‎o‎ ‎«bonapartyzmie»‎ ‎bolszewików (którzy‎ ‎rzekomo‎ ‎opierają‎ ‎się‎ ‎na‎ ‎wojsku‎ ‎i‎ ‎na‎ ‎aparacie państwowym,‎ ‎wbrew woli‎ ‎«demokracji»),‎ ‎to‎ ‎w‎ ‎ten‎ ‎sposób‎ ‎dają‎ ‎świetny‎ ‎wyraz‎ ‎taktyce burżuazji […]
Pod‎ ‎hasłem‎ ‎«więcej‎ ‎zaufania‎ ‎do‎ ‎siły‎ ‎klasy‎ ‎robotniczej» ‎uskutecznia‎ ‎się‎ ‎teraz‎ ‎w‎ ‎rzeczywistości‎ ‎wzmożenie‎ ‎wpływów‎ ‎mieńszewickich‎ ‎i‎ ‎anarchistycznych. […] Oto‎ ‎w‎ ‎czym‎ ‎leży «sedno‎ ‎sprawy»‎ ‎jeśli‎ ‎trzeźwo‎ ‎wniknąć‎ ‎w‎ ‎rzeczywistą‎ ‎treść‎ ‎pojęcia‎ ‎«siły‎ ‎klasy‎ ‎robotniczej»!
Gdzież‎ ‎wasza‎ ‎praca,‎ ‎szanowni,‎ ‎gdzież‎ ‎wasze‎ ‎czyny […] Oto‎ ‎jakie‎ ‎pytanie‎ ‎powinni‎ ‎zadawać‎ ‎świadomi‎ ‎robotnicy‎ ‎krzykaczom.‎ ‎Oto‎ ‎jak‎ ‎można‎ ‎i‎ ‎należy‎ ‎zawsze‎ ‎demaskować krzykaczy,‎ ‎wykazywać,‎ ‎że‎ ‎w‎ ‎rzeczywistości‎ ‎nie‎ ‎pomagają‎ ‎oni, lecz‎ ‎przeszkadzają‎ ‎budownictwu‎ ‎gospodarki,‎ ‎nie‎ ‎pomagają,‎ ‎lecz przeszkadzają‎ ‎rewolucji‎ ‎proletariackiej,‎ ‎realizują‎ ‎dążenia‎ ‎nie proletariackie,‎ ‎lecz‎ ‎drobnomieszczańskie,‎ ‎są‎ ‎na‎ ‎służbie‎ ‎obcej klasy.

W.I. Lenin – O „lewicowej” dziecinadzie i drobnomieszczańskości
Jako wielkość polityczna — czy też pretendująca do politycznej roli — grupa „lewicowych komunistów” dała nam swe „tezy o chwili bieżącej” […] Przede wszystkim rzuca się w oczy obfitość napomknięć, aluzji i wykrętów w związku ze starą kwestią, czy zawarcie pokoju brzeskiego było rzeczą słuszną. Na postawienie tej sprawy wprost „lewicowcy” się nie zdecydowali, toteż wiercą się komicznie, piętrząc jeden argument na drugim, wyławiając względy, wyszukując przeróżne „z jednej strony” i „z drugiej strony”, pływając myślą po wszystkich przedmiotach i jeszcze po wielu innych, starając się nie widzieć tego, jak sami siebie zbijają. Liczbę: 12 głosów na zjeździe partii przeciwko pokojowi, wobec 28 za pokojem, „lewicowcy” gorliwie przytaczają, o tym zaś, że z wielu setek głosów na bolszewickiej frakcji zjazdu Rad zebrali mniej niż jedną dziesiątą — skromnie milczą. Tworzą „teorię”, że pokój forsowali „zmęczeni i zdeklasowani”, że przeciwko pokojowi „byli robotnicy i chłopi hardziej żywotnych pod względem ekonomicznym i lepiej zaopatrzonych w zboże obwodów południowych”... Jakżeż się z tego nie śmiać? O głosowaniu Ogólnoukraińskiego Zjazdu Rad za pokojem — ani pary z ust, o społecznym i klasowym charakterze typowo drobnoburżuazyjnego i zdeklasowanego konglomeratu politycznego w Rosji, który występował przeciwko pokojowi (o partii lewicowych eserowców) — ani słówka. Czysto dziecinny sposób ukrywania swego bankructwa pod płaszczykiem zabawnych „niby naukowych” wyjaśnień, ukrywania faktów, których zwykłe zestawienie wykazałoby, że właśnie zdeklasowane, inteligenckie „wierzchołki” i góry partyjne zwalczały pokój hasłami rewolucyjnego frazesu drobnomieszczańskiego, że to właśnie masy robotników i wyzyskiwanych chłopów przeforsowały pokój.
Poprzez wszystkie wspomniane oświadczenia i wykręty „lewicowców” w sprawie wojny i pokoju mimo wszystko toruje sobie drogę jedna prosta i jasna prawda. „Zawarcie pokoju — zmuszeni są przyznać autorzy tez — osłabiło na razie dążenie imperialistów do zawarcia międzynarodowego paktu”. „Zawarcie pokoju doprowadziło już do zaostrzenia starcia między mocarstwami imperialistycznymi”.
I to jest fakt. To ma znaczenie decydujące. Oto dlaczego przeciwnicy zawarcia pokoju byli, obiektywnie biorąc, zabawką w rękach imperialistów, znajdowali się u nich w potrzasku. Dopóki bowiem nie wybuchła międzynarodowa, ogarniająca kilka krajów, rewolucja socjalistyczna, dostatecznie silna, by móc pokonać międzynarodowy imperializm, dopóty bezpośrednim obowiązkiem socjalistów, którzy zwyciężyli w jednym (szczególnie zacofanym) kraju, jest nie przyjmować boju z olbrzymami imperializmu, starać się uchylić od walki, wyczekiwać, aż starcie się imperialistów ze sobą jeszcze bardziej ich osłabi, jeszcze bardziej przybliży rewolucję w innych krajach. […]
[…] o układzie sił, o uwzględnieniu układu sił nasi „lewicowi” komuniści — którzy lubią również nazywać siebie komunistami „proletariackimi”, jako że mają w sobie szczególnie mało cech proletariackich i szczególnie dużo cech drobnomieszczańskich — nie umieją myśleć. W tym tkwi sedno marksizmu i taktyki marksistowskiej, oni zaś przechodzą obok „sedna” z „butnymi” frazesami w rodzaju takiego oto:
...”Utrwalenie się w masach biernej «psychologii pokoju» jest obiektywnym faktem momentu politycznego”...
Przecież to po prostu perełka! Po trzyletniej, niezwykle męczącej i najbardziej reakcyjnej wojnie lud otrzymał, dzięki władzy radzieckiej i jej słusznej, niezbaczającej na manowce frazesu taktyce, małe-malusieńkie, zupełnie maleńkie, nietrwałe i bynajmniej nie całkowite wytchnienie, a „lewicowe” inteligenciki ze wspaniałością zakochanego w sobie Narcyza wnikliwie orzekają: „utrwalenie się (!!!) w masach (???) biernej (!!!???) psychologii pokoju”. Czyż nie miałem racji mówiąc na zjeździe partyjnym, że gazeta czy czasopismo „lewicowców” powinno by nazywać się nie „Komunista”, lecz „Szlachcic”?
Czyż komunista, choć trochę rozumiejący warunki życia i psychologię mas pracujących, wyzyskiwanych, może staczać się na stanowisko typowego inteligenta, drobnego burżua, człowieka zdeklasowanego, z usposobieniem panicza czy szlachcica, na stanowisko, które ogłasza „psychologię pokoju” za „bierną”, a wymachiwanie tekturowym mieczem uważa za „działalność”?
Jest to bowiem właśnie wymachiwanie tekturowym mieczem, gdy nasi „lewicowcy” omijają fakt powszechnie znany i raz jeszcze dowiedziony przez wojnę na Ukrainie, że znękane trzyletnią rzezią narody nie mogą walczyć bez okresu wytchnienia, że wojna, jeśli się nie ma sił, by zorganizować ją w skali narodowej, rodzi na każdym kroku psychologię drobnowłasnościowego rozkładu, nie zaś proletariackiej żelaznej dyscypliny. Z czasopisma „Kommunist” widzimy na każdym kroku, że nasi „lewicowcy” nie mają pojęcia o żelaznej dyscyplinie proletariackiej i jej przygotowaniu, że są na wskroś przesiąknięci psychologią zdeklasowanego drobnomieszczańskiego inteligenta.
[…] swoją chwiejnością „lewicowcy” pomagają imperialistom prowokować Rosyjską Republikę Radziecką do jawnie niekorzystnej dla niej walki, pomagają imperialistom wciągnąć nas w pułapkę. Słuchajcie:
… „Rosyjska rewolucja robotnicza nie może «uchować się» schodząc z międzynarodowej drogi rewolucyjnej, unikając stale walki i cofając się przed naporem kapitału międzynarodowego, czyniąc ustępstwa na rzecz «kapitału rodzimego».
Z tego punktu widzenia konieczne są: zdecydowana klasowa polityka międzynarodowa, obejmująca międzynarodową propagandę rewolucyjną w słowie i czynie, oraz utrwalenie organicznej więzi z międzynarodowym socjalizmem (a nie z międzynarodową burżuazją)”…
[…] spójrzcie na to rozwydrzenie frazesu — przy nieśmiałości w praktyce — w dziedzinie polityki zagranicznej. Jaka taktyka obowiązuje w chwili obecnej każdego, kto nie chce być narzędziem prowokacji imperialistycznej oraz włazić do pułapki? Na to pytanie każdy polityk musi dać jasną, niedwuznaczną odpowiedź. Odpowiedź naszej partii jest znana: w obecnej chwili cofać się, unikać walki. Nasi „lewicowcy” nie decydują się powiedzieć czegoś przeciwnego i strzelają w powietrze: „zdecydowana klasowa polityka międzynarodowa”!!
Jest to oszukiwanie mas. Chcecie wojować teraz — powiedzcie to otwarcie. Nie chcecie cofać się teraz — powiedzcie to otwarcie. W przeciwnym bowiem wypadku jesteście, jeśli chodzi o waszą obiektywną rolę, narzędziem prowokacji imperialistycznej. A wasza subiektywna „psychologia” jest psychologią ogarniętego szałem drobnego burżua, który brawuruje i przechwala się, ale doskonale czuje, że proletariusz ma rację cofając się i usiłując cofnąć się w sposób zorganizowany […]
„Własnej” polityki „lewicowcy” nie mają; ogłosić, że odwrót jest teraz niepotrzebny — nie śmią. Kręcą się i wywijają żonglując słowami, podsuwając kwestię „ciągłego” unikania boju zamiast kwestii unikania boju w chwili obecnej. Puszczają bańki mydlane: „międzynarodowa propaganda rewolucyjna w czynie”!! Co to znaczy?
Szastanie dźwięcznymi frazesami jest właściwością zdeklasowanej drobnomieszczańskiej inteligencji. Zorganizowani proletariusze-komuniści na pewno będą karali za tę „manierę” co najmniej kpinami i usunięciem z każdego odpowiedzialnego stanowiska. Należy mówić masom gorzką prawdę prosto, jasno, otwarcie: jest możliwe, a nawet prawdopodobne, że partia wojenna raz jeszcze weźmie w Niemczech górę (w sensie natychmiastowego przejścia do ofensywy przeciwko nam) i że Niemcy razem z Japonią, na mocy formalnego lub cichego porozumienia, będą nas kawałkować i dławić. Naszą taktyką, jeśli nie chcemy słuchać krzykaczy, jest: czekać, odwlekać, unikać boju, cofać się. Jeśli odrzucimy precz krzykaczy i „podciągniemy się” stworzywszy rzeczywiście żelazną, rzeczywiście proletariacką, rzeczywiście komunistyczną dyscyplinę, to mamy poważne szanse zyskania wielu miesięcy. […]
Taka i tylko taka taktyka faktycznie utrwala więź między jednym, chwilowo izolowanym oddziałem międzynarodowego socjalizmu a innymi oddziałami, u was zaś, moi drodzy „lewicowi komuniści”, mamy w rezultacie, prawdę mówiąc, tylko „utrwalenie organicznej więzi” między jednym dźwięcznym frazesem a drugim dźwięcznym frazesem. Kiepska to „więź organiczna”!
I ja wam, moi drodzy, wytłumaczę, dlaczego to nieszczęście przydarzyło się wam: dlatego że bardziej wkuwacie hasła rewolucji i uczycie się ich na pamięć, niż wnikacie w nie. Dlatego słowa „obrona ojczyzny socjalistycznej” ujmujecie w cudzysłów, który prawdopodobnie ma oznaczać wasze silenie się na ironię, a który w istocie świadczy właśnie o galimatiasie w głowie. Przyzwyczailiście się uważać „obronczestwo” za rzecz podłą i wstrętną, wyuczyliście się tego i wykuliście to, powtarzaliście to na pamięć tak gorliwie, że niektórzy z was dochodzili do absurdu, że obrona ojczyzny w epoce imperialistycznej jest jakoby rzeczą niedopuszczalną (w rzeczywistości jest ona niedopuszczalna jedynie w imperialistycznej, reakcyjnej wojnie, prowadzonej przez burżuazję). Ale nie przemyśleliście, dlaczego i kiedy „obronczestwo” jest podłe.
Uznawać obronę ojczyzny, to znaczy uznawać, że wojna jest słuszna i sprawiedliwa. Słuszna i sprawiedliwa z jakiego punktu widzenia? Tylko z punktu widzenia socjalistycznego proletariatu i jego walki o swe wyzwolenie; innego punktu widzenia nie uznajemy. Jeśli wojnę prowadzi klasa wyzyskiwaczy w celu utrwalenia swego panowania jako klasy — jest to wojna zbrodnicza i „oboronczestwo” w takiej wojnie jest podłością i zdradą socjalizmu. Jeśli wojnę prowadzi proletariat, który pokonał u siebie burżuazję, prowadzi w imię utrwalenia i rozwoju socjalizmu, wtedy wojna jest słuszna i „święta”.

[…]


Przechodzimy do niepowodzeń naszych „lewicowych” komunistów w dziedzinie polityki wewnętrznej. Trudno bez uśmiechu czytać takie zwroty w tezach o chwili bieżącej:
… „Planowe wykorzystanie ocalałych środków produkcji jest do pomyślenia tylko przy najbardziej stanowczym uspołecznieniu”... „nie kapitulacja przed burżuazją i jej drobnomieszczańskimi inteligenckimi pomocnikami, ale dobijanie burżuazji i ostateczne złamanie sabotażu”...
Kochani „lewicowi komuniści”, jak wiele mają oni stanowczości... i jak mało rozwagi! Co to znaczy: „najbardziej stanowcze uspołecznienie”?
Można być stanowczym lub niestanowczym, gdy chodzi o zagadnienie nacjonalizacji, konfiskaty. Lecz w tym właśnie sedno zagadnienia, że nawet największa na świecie „stanowczość” nie wystarczy, by przejść od nacjonalizacji i konfiskaty do uspołecznienia […]
Wczoraj sedno chwili bieżącej polegało na tym, aby możliwie jak najbardziej stanowczo nacjonalizować, konfiskować, bić i dobijać burżuazję, łamać sabotaż. Dzisiaj tylko ślepi nie widzą, żeśmy ponacjonalizowali, nakonfiskowali, narozbijali i nałamali więcej, niż zdążyliśmy obliczyć. A uspołecznienie tym właśnie różni się od zwykłej konfiskaty, że konfiskować można przy pomocy samej tylko „stanowczości”, bez umiejętności dokonania prawidłowego obliczenia i prawidłowego podziału, uspołecznić zaś bez takiej umiejętności niepodobna. Naszą historyczną zasługą było to, że byliśmy wczoraj (i będziemy jutro) stanowczymi w konfiskatach, w dobijaniu burżuazji, w łamaniu sabotażu. Pisać o tym dzisiaj w „tezach o chwili bieżącej” to znaczy patrzeć w przeszłość i nie rozumieć przejścia do przyszłości.
W takim stanie rzeczy szafować frazesami „najbardziej stanowcze uspołecznienie”, „dobijanie”, „ostateczne złamanie” znaczy trafiać kulą w płot. Drobnomieszczańskiemu rewolucjoniście właściwe jest niedostrzeganie tego, że socjalizmowi nie wystarczy dobijanie, łamanie itd., to dobre dla drobnego posiadacza, który wpadł we wściekłość na wielkiego posiadacza, ale proletariacki rewolucjonista nigdy nie popadłby w taki błąd. Jeśli przytoczone przez nas słowa wywołują uśmiech, to homeryczny wprost śmiech budzi odkrycie dokonane przez „lewicowych komunistów”, jakoby Republice Radzieckiej przy „prawicowo-bolszewickim odchyleniu” groziła „ewolucja w kierunku kapitalizmu państwowego”. Ależ, można powiedzieć, do prawdy nas przestraszyli! I z jaką gorliwością „lewicowi komuniści” powtarzają to groźne odkrycie zarówno w tezach, jak i w artykułach...
A nie pomyśleli o tym, że kapitalizm państwowy byłby krokiem naprzód w porównaniu z obecnym stanem rzeczy w naszej Republice Radzieckiej. Gdyby mniej więcej za pół roku powstał u nas kapitalizm państwowy, byłoby to ogromnym sukcesem i najpewniejszą gwarancją, że za rok socjalizm utrwali się u nas ostatecznie i stanie się niezwyciężony.
Wyobrażam sobie, z jakim szlachetnym oburzeniem odżegna się od tych słów „lewicowy komunista” i z jaką „zabójczą krytyką” wystąpi przed robotnikami przeciw „prawicowo-bolszewickiemu odchyleniu”. Jak to? W Socjalistycznej Republice Radzieckiej przejście do kapitalizmu państwowego miałoby być krokiem naprzód?... Czyż nie jest to zdrada socjalizmu?
Tu właśnie tkwią korzenie ekonomicznego błędu „lewicowych komunistów”. Tym właśnie punktem należy się przeto bardziej szczegółowo zająć.
Po pierwsze, „lewicowi komuniści” nie zrozumieli, co właściwie oznacza to przejście od kapitalizmu do socjalizmu, które daje nam prawo i podstawę do nazywania się Socjalistyczną Republiką Rad. Po wtóre, wykazują oni swą drobnomieszczańskość przez to właśnie, że nie widzą drobnoburżuazyjnego żywiołu jako głównego u nas wroga socjalizmu. Po trzecie, wysuwając straszak „kapitalizmu państwowego” wykazują niezrozumienie Państwa Radzieckiego w jego ekonomicznej odmienności od państwa burżuazyjnego.
Nie było jeszcze, zdaje się, takiego człowieka, który zajmując się zagadnieniem ekonomiki Rosji negowałby przejściowy charakter tej ekonomiki. Żaden komunista nie negował, zdaje się, również tego, że słowa: Socjalistyczna Republika Radziecka oznaczają zdecydowanie władzy radzieckiej, by urzeczywistnić przejście do socjalizmu, a bynajmniej nie uznanie nowych stosunków ekonomicznych za socjalistyczne.
Cóż jednak oznacza słowo przejście? Czy nie oznacza ono w zastosowaniu do ekonomiki, że w danym ustroju są elementy, cząsteczki, ułamki zarówno kapitalizmu, jak i socjalizmu? Każdy przyzna, że tak. Ale nie każdy, przyznając to, zastanawia się, jakież to właściwie są te elementy różnych układów społeczno-ekonomicznych, które istnieją faktycznie w Rosji. A w tym przecież tkwi sedno zagadnienia.

WYLICZMY TE ELEMENTY:


1) patriarchalne, tzn. w znacznym stopniu naturalne, gospodarstwo chłopskie;
2) drobna produkcja towarowa (tu należy większość tych chłopów, którzy sprzedają zboże);

3) KAPITALIZM PRYWATNY;


4) KAPITALIZM PAŃSTWOWY;


5) SOCJALIZM.


Rosja jest tak wielka i tak różnorodna, że wszystkie te odmienne typy układów społeczno-ekonomicznych przeplatają się w niej. […]
Zachodzi pytanie, jakie więc elementy przeważają? Jest rzeczą jasną, że w kraju drobnochłopskim przeważa i nie może nie przeważać żywioł drobnoburżuazyjny; większość, i to olbrzymia większość rolników — to drobni producenci towarów. Otoczkę kapitalizmu państwowego (monopol zbożowy, przedsiębiorcy i kupcy podlegający kontroli, burżuazyjni spółdzielcy) rozrywają u nas to w jednym, to w drugim miejscu spekulanci, przy czym głównym przedmiotem spekulacji jest zboże.
Zasadnicza walka rozwija się właśnie w tej dziedzinie. Między kim a kim toczy się ta walka, mówiąc terminami kategorii ekonomicznych w rodzaju „kapitalizm państwowy”? Czy między 4 a 5 szczeblem w tej kolejności, w jakiej je przed chwilą wyliczyłem? Oczywiście, że nie. Nie kapitalizm państwowy walczy tu z socjalizmem, lecz drobna burżuazja plus kapitalizm prywatny walczą razem, ręka w rękę, zarówno przeciw kapitalizmowi państwowemu, jak i przeciw socjalizmowi.
Drobna burżuazja przeciwstawia się wszelkiej państwowej ingerencji, ewidencji i kontroli, zarówno państwowo-kapitalistycznej, jak i państwowo-socjalistycznej. Jest to całkowicie bezsporny fakt rzeczywisty, w którego niezrozumieniu tkwią właśnie korzenie ekonomicznego błędu „lewicowych komunistów”. Spekulant, grabieżca handlowy, rozbijacz monopolu — oto nasz główny wróg „wewnętrzny”, wróg ekonomicznych poczynań władzy radzieckiej. […] wiemy, że ekonomiczną podstawą spekulacji jest niezwykle na Rusi liczna warstwa drobnych posiadaczy i kapitalizm prywatny, który ma swego agenta w każdym drobnym burżua. Wiemy, że miliony macek tej drobnoburżuazyjnej hydry wciągają to tu, to tam poszczególne warstwy robotników, że spekulacja zamiast monopolu państwowego wdziera się do wszystkich porów naszego życia społeczno-ekonomicznego.
Drobny burżua ma zapas gotóweczki, parę tysięcy nagromadzonych „uczciwie”, a zwłaszcza nieuczciwie podczas wojny. Taki jest ekonomiczny typ, charakterystyczny jako podstawa spekulacji i prywatnego kapitalizmu. Pieniądz to legitymacja na otrzymanie dobra społecznego i wielomilionowa warstwa drobnych posiadaczy, trzymając mocno tę legitymację, chowa ją przed „państwem” nie wierząc w żaden socjalizm i komunizm, starając się „przeczekać” nawałnicę proletariacką. Albo my poddamy swojej kontroli i ewidencji tego drobnego burżua (potrafimy to zrobić, jeśli zorganizujemy biedotę, tzn. większość ludności, czyli półproletariuszy, wokół świadomej awangardy proletariackiej), albo on obali naszą, robotniczą, władzę nieuchronnie i niezawodnie, jak obalali rewolucję Napoleonowie i Cavaignacowie, wyrastający na tym właśnie drobno-własnościowym gruncie. […]
Drobny burżua, chowający tysiączki, jest wrogiem kapitalizmu państwowego i tysiączki te pragnie zrealizować koniecznie dla siebie, wbrew biedocie, wbrew wszelkiej kontroli ogólnopaństwowej, a suma tych tysiączków tworzy wielomiliardową bazę spekulacji podważającej nasze budownictwo socjalistyczne. […]
Żywioł drobno-własnościowy i prywatno-kapitalistyczny podważa wieloma sposobami sytuację prawną, przemyca spekulację, udaremnia wykonywanie dekretów radzieckich. Kapitalizm państwowy byłby potężnym krokiem naprzód, […] ponieważ najważniejszą rzeczą jest zwycięstwo nad nieporządkiem, rozprzężeniem, nieporadnością, ponieważ dalsze trwanie drobnowłasnościowej anarchii jest największym, najgroźniejszym niebezpieczeństwem, które zgubi nas (o ile nie przezwyciężymy go) bezwzględnie, podczas gdy uiszczenie większej daniny kapitalizmowi państwowemu nie tylko nas nie zgubi, ale poprowadzi najpewniejszą drogą ku socjalizmowi. Klasa robotnicza, która się nauczyła, jak obronić ład państwowy przed drobnowłasnościową anarchią, która się nauczyła, jak stworzyć wielką ogólnopaństwową organizację produkcji na zasadach państwowo-kapitalistycznych, mieć będzie wówczas — przepraszam za wyrażenie — wszystkie atuty w ręku, i utrwalenie socjalizmu będzie zapewnione.
Kapitalizm państwowy stoi pod względem ekonomicznym bez porównania wyżej niż nasza obecna ekonomika — to po pierwsze. A po wtóre — nie ma w nim dla władzy radzieckiej nic groźnego, gdyż Państwo Radzieckie jest państwem, w którym władza robotników i biedoty jest zapewniona. „Lewicowi komuniści” nie zrozumieli tych bezspornych prawd, których oczywiście nigdy nie zrozumie „lewicowy eserowiec”, nie umiejący w ogóle powiązać w swojej głowie żadnych myśli z dziedziny ekonomii politycznej, ale które będzie musiał uznać każdy marksista. Z lewicowym eserowcem nie warto nawet dyskutować, wystarczy wskazać na niego palcem jako na „odrażający przykład” gaduły, ale z „lewicowym komunistą” należy dyskutować, ponieważ tutaj popełniają błąd marksiści i analiza ich błędu pomoże klasie robotniczej w znalezieniu słusznej drogi.
Ażeby jeszcze lepiej wyjaśnić zagadnienie, przytoczymy przede wszystkim najbardziej konkretny przykład kapitalizmu państwowego. Wiadomo wszystkim, jaki to przykład: Niemcy. Mamy tu „ostatnie słowo” współczesnej wielkokapitalistycznej techniki i planowej organizacji podporządkowanej imperializmowi junkiersko-burżuazyjnemu. Wstawcie na miejsce państwa militarnego, junkierskiego, burżuazyjnego, imperialistycznego również państwo, ale państwo innego typu społecznego, o innej treści klasowej, państwo radzieckie, tzn. proletariackie, a otrzymacie cały zespół warunków, który składa się na socjalizm. Socjalizm jest nie do pomyślenia bez wielkokapitalistycznej techniki, zbudowanej według ostatniego słowa najnowocześniejszej nauki, bez planowej organizacji państwowej, podporządkowującej dziesiątki milionów ludzi najściślejszemu przestrzeganiu jednolitej normy w dziedzinie produkcji i podziału produktów. O tym my, marksiści, zawsze mówiliśmy, a z ludźmi, którzy nawet tego nie zrozumieli (anarchiści i dobra polowa lewicowych eserowców), nie warto tracić nawet dwóch sekund na rozmowę.
Jednocześnie, socjalizm jest nie do pomyślenia bez panowania proletariatu w państwie: to też jest abecadło. Historia zaś (od której nikt, z wyjątkiem chyba mienszewickich matołków pierwszego stopnia, nie oczekiwał, by gładko, spokojnie, łatwo i prosto dała „pełny” socjalizm) potoczyła się tak swoiście, że w roku 1918 zrodziła dwie odrębne połówki socjalizmu, jedną obok drugiej, jak gdyby dwoje przyszłych kurcząt pod jedną skorupą międzynarodowego imperializmu. Niemcy i Rosja ucieleśniły w sobie w roku 1918 w sposób jak najbardziej wyraźny materialną realizację ekonomicznych, produkcyjnych, społeczno-gospodarczych warunków socjalizmu z jednej strony, politycznych zaś — z drugiej.
Zwycięska rewolucja proletariacka w Niemczech rozbiłaby od razu, z ogromną łatwością, każdą skorupę imperializmu […], doprowadziłaby do zwycięstwa światowego socjalizmu na pewno […] Dopóki rewolucja w Niemczech zwleka jeszcze z „rozwiązaniem”, zadaniem naszym jest uczyć się kapitalizmu państwowego od Niemców, przyswajać go sobie ze wszystkich sił, nie szczędzić dyktatorskich metod, aby to przyswajanie przyśpieszyć jeszcze bardziej, niż Piotr przyśpieszał przyswajanie kultury zachodniej przez barbarzyńską Ruś, nie cofając się przed barbarzyńskimi środkami walki z barbarzyństwem. Jeśli są wśród anarchistów i lewicowych eserowców ludzie […] zdolni po narcyzowsku rozumować, że to niby nam, rewolucjonistom, nie przystoi „uczyć się” od imperializmu niemieckiego, to trzeba powiedzieć jedno: beznadziejnie (i całkiem zasłużenie) zginęłaby rewolucja traktująca poważnie takich ludzi.
W Rosji przeważa teraz właśnie kapitalizm drobno-burżuazyjny, od którego zarówno do wielkiego kapitalizmu państwowego, jak i do socjalizmu prowadzi jedna i ta sama droga, prowadzi droga przez jedną i tę samą stację przejściową, zwaną „ogólnonarodową ewidencją i kontrolą nad produkcją i podziałem, produktów”. Kto tego nie rozumie, popełnia niewybaczalny błąd ekonomiczny, bądź przez to, że nie zna faktów rzeczywistości, nie widzi tego, co jest, nie umie patrzeć prawdzie w oczy, bądź przez to, że ogranicza się do abstrakcyjnego przeciwstawiania „kapitalizmu” „socjalizmowi” i nie wnika w konkretne formy i szczeble tego przejścia w chwili obecnej u nas. Powiedzmy w nawiasie, że jest to ten sam błąd teoretyczny, który zbił z tropu najlepszych ludzi z obozu pism „Nowaja Żyzń” i „Wpieriod”: gorsi i średni spośród nich wskutek tępoty i braku charakteru wloką się w ogonie burżuazji, zastraszeni przez nią; najlepsi — nie zrozumieli, że jeśli chodzi o cały okres przejścia od kapitalizmu do socjalizmu, to nauczyciele socjalizmu nie na próżno mówili i nie na darmo podkreślali „długie męki porodowe” nowego społeczeństwa, przy czym to nowe społeczeństwo znowuż jest abstrakcją, która nie może wcielić się w życie inaczej niż przez szereg różnorodnych, niedoskonałych konkretnych prób stworzenia tego czy innego państwa socjalistycznego.
Właśnie dlatego, że od obecnej sytuacji ekonomicznej Rosji nie można iść naprzód nie przechodząc przez to, co jest wspólne zarówno dla kapitalizmu państwowego, jak i dla socjalizmu (ogólnonarodowa ewidencja i kontrola), straszenie innych i samych siebie „ewolucją w kierunku kapitalizmu państwowego” jest zupełnym absurdem teoretycznym. Oznacza to właśnie uciekanie myślą „w bok” od rzeczywistej drogi „ewolucji”, nierozumienie tej drogi; w praktyce zaś jest to równoznaczne z tym, by ciągnąć wstecz do kapitalizmu drobnowłasnościowego.
Aby się czytelnik przekonał, że „wysoką” ocenę kapitalizmu państwowego daję bynajmniej nie tylko teraz, lecz dawałem ją również przed zdobyciem władzy przez bolszewików, pozwolę sobie przytoczyć następujący cytat z mojej broszury Grożąca katastrofa i jak z nią walczyć, napisanej we wrześniu 1917 roku:
… „A spróbujmy zamiast junkiersko-kapitalistycznego, zamiast obszarniczo-kapitalistyczn go państwa postawić państwo rewolucyjno-demokratyczne, tzn. takie, które w sposób rewolucyjny obala wszelkie przywileje, które nie boi się urzeczywistniać w sposób rewolucyjny najbardziej pełnego demokratyzmu?
Zobaczymy, że państwowo-monopolistyczny kapitalizm w państwie istotnie rewolucyjno- demokratycznym oznacza niechybnie, nieuchronnie — krok, a nawet kilka kroków ku socjalizmowi!
...Socjalizm bowiem to nic innego, tylko najbliższy krok naprzód od państwowo- kapitalistycznego monopolu.
...Kapitalizm państwowo-monopolistyczny to najzupełniejsze m a t e r i a l n e przygotowanie socjalizmu, to p r z e d s i o n e k do socjalizmu, to ów szczebel drabiny dziejowej, pomiędzy którym to (szczeblem) a szczeblem zwanym socjalizmem nie ma żadnych szczebli pośrednich”
Zwróćcie uwagę, że było to napisane za czasów Kiereńskiego, że mowa jest tu nie o dyktaturze proletariatu, nie o państwie socjalistycznym, lecz o państwie „rewolucyjno-demokratycznym”. Czyż nie jest rzeczą jasną, że im wyżej wznieśliśmy się ponad ten szczebel polityczny, im pełniej urzeczywistniliśmy w Radach państwo socjalistyczne i dyktaturę proletariatu, tym mniej wolno nam się obawiać „kapitalizmu państwowego”? Czyż nie jest rzeczą jasną, że w materialnym, ekonomicznym, produkcyjnym sensie nie jesteśmy jeszcze w „przedsionku” socjalizmu? I że inaczej niż przez ten, jeszcze przez nas nie osiągnięty, „przedsionek” w drzwi socjalizmu wejść nie można?
Z jakiejkolwiek strony podeszłoby się do zagadnienia, wniosek jest jeden i ten sam: wywody „lewicowych komunistów” o rzekomo zagrażającym nam „kapitalizmie państwowym” są kompletnym błędem ekonomicznym i oczywistym dowodem, że pozostają oni całkowicie w niewoli właśnie drobnomieszczańskiej ideologii.

W.I. Lenin – Dziecięca choroba „lewicowości” w komuniźmie
Z pewnością teraz już prawie każdy widzi, że bolszewicy nie utrzymaliby się u władzy nie tylko 2 i pół roku, lecz nawet 2 i pół miesiąca bez jak najsurowszej, prawdziwie żelaznej dyscypliny w naszej partii, bez najzupełniejszego i bezgranicznego poparcia jej przez całą klasę robotniczą, wziętą w swej masie, tj. przez to wszystko, co w niej jest myślącego, uczciwego, ofiarnego, wpływowego, zdolnego do poprowadzenia za sobą lub porwania warstw zacofanych.
Dyktatura proletariatu jest to najbardziej ofiarna i najbardziej nieubłagana wojna, prowadzona przez nową klasę przeciw potężniejszemu wrogowi, przeciw burżuazji, której opór został udziesięciokrotniony przez jej obalenie (chociażby w jednym kraju) i której potęga tkwi nie tylko w sile kapitału międzynarodowego, w sile i trwałości międzynarodowych stosunków burżuazji, ale i w sile przyzwyczajenia, w sile drobnej produkcji. Albowiem drobnej produkcji, niestety, pozostało na świecie jeszcze bardzo, bardzo dużo, a drobna produkcja stale, co dzień, co godzina, żywiołowo i w skali masowej rodzi kapitalizm i burżuazję. Z tych wszystkich przyczyn dyktatura proletariatu jest konieczna, a zwycięstwo nad burżuazją jest niemożliwe bez długotrwałej, uporczywej, zaciekłej wojny na śmierć i życie - wojny, wymagającej wytrzymałości, dyscypliny, hartu, nieugiętości i jedności woli.

[…]


Komuniści niemieccy, o których teraz mamy mówić, nazywają siebie nie „lewicowcami”, lecz - jeżeli się nie mylę - „opozycją zasadniczą”. Że jednakże spostrzegamy u nich jawne oznaki „dziecięcej choroby lewicowości”, to okaże się z dalszego wykładu.
Broszurka „Rozłam Komunistycznej Partii Niemiec (Związku Spartakusowców)”, wydana przez „grupę lokalną we Frankfurcie nad Menem” i będąca wyrazem stanowiska tej opozycji, w najwyższym stopniu plastycznie, ściśle, jasno i zwięźle wyłuszcza istotę jej poglądów. Kilka cytat wystarczy do zaznajomienia z nią czytelników:

[…]


„.…A zatem dwie partie komunistyczne wzajemnie teraz przeciwstawiają się sobie:
"Jedna - to partia przywódców, która dąży do zorganizowania walki rewolucyjnej i do rządzenia nią z górą, zgadzając się na kompromisy i na parlamentaryzm, aby stworzyć sytuacje, pozwalające im wejść do rządu koalicyjnego, w którego rękach znajdowałaby się dyktatura.
„Druga - to partia masowa, która oczekuje wzmożenia się walki rewolucyjnej ad dołu, znając i stosując w tej walce jedyną tylko wyraźnie prowadzącą do celu metodę, odrzucając wszelkie metody parlamentarne i oportunistyczne; tą jedyną metodą jest metoda bezwzględnego obalenia burżuazji, aby potem ustanowić klasową dyktaturę proletariatu w celu urzeczywistnienia socjalizmu…”
„…Tam dyktatura przywódców - tu dyktatura mas! Takie jest nasze hasło”.
[…] Każdy bolszewik, który świadomie współdziałał w rozwoju bolszewizmu od roku 1903, albo z bliska go obserwował, powie od razu po przeczytaniu tych rozważań: „jakie to stare, od dawna znane rupiecie! Cóż to za „lewicowa” dziecinada!” […]
Samo już ujęcie zagadnienia: „dyktatura partii czy dyktatura klasy? dyktatura (partia) przywódców czy dyktatura (partia) mas?” świadczy o najbardziej niewiarogodnym i beznadziejnym zamęcie myślowym. Ludzie wysilają się, aby wymyślić coś zupełnie osobliwego, i w swej gorliwości mędrkowania stają się śmieszni. Wszyscy wiedzą, że masy dzielą się na klasy - że przeciwstawiać masy i klasy można tylko przeciwstawiając ogromną większość w ogóle, nie rozczłonkowaną pod względem swojej sytuacji w społecznym układzie wytwarzania, kategoriom zajmującym odrębną sytuację w społecznym układzie wytwarzania -że klasami kierują zwykle w większości wypadków, przynajmniej we współczesnych krajach cywilizowanych, partie polityczne - że partiami politycznymi z reguły kierują mniej lub bardziej stałe grupy ludzi, cieszących się największym autorytetem, wpływowych, doświadczonych, wybieranych na najodpowiedzialniejsze stanowiska, zwanych wodzami. Wszystko to jest elementarne, proste i jasne. Po co zamiast tego trzeba było stwarzać jakiś galimatias? jakiś nowy volapuck? Z jednej strony, ludzie widocznie Uwikłali się, znalazłszy się w ciężkiej sytuacji, kiedy szybko następujące po sobie zmiany legalnego i nielegalnego położenia partii naruszają zwykły, normalny, bezpośredni stosunek między przywódcami, partiami i klasami. W Niemczech, podobnie jak w innych krajach europejskich, zanadto przyzwyczajono się do legalności, do swobodnego i normalnego wybierania „przywódców” przez regularne zjazdy partyjne, do wygodnego sprawdzania składu klasowego partii przez wybory do parlamentu, wiece, prasę, nastroje związków zawodowych i innych zrzeszeń itp. […]
Z drugiej strony, daje się zauważyć po prostu nieprzemyślane, chaotyczne używanie „modnych” w naszych czasach słówek o „masach” i „przywódcach”. Ludzie wiele się nasłuchali i dobrze zapamiętali sobie napaści na „przywódców” oraz przeciwstawianie ich „masom”, lecz nie zdołali się w tym zorientować, ani wyjaśnić sobie sprawy.
Rozbieżność między „przywódcami” a „masami” zaznaczyła się szczególnie jasno i ostro we wszystkich krajach pod koniec wojny imperialistycznej i po jej zakończeniu. Zasadniczą przyczynę tego zjawiska wyjaśniali wielokrotnie Marks i Engels w latach 1852-1892 na przykładzie Anglii. Wskutek monopolistycznej sytuacji Anglii z „masy” wyodrębniają się na wpół mieszczańska, oportunistyczna „arystokracja robotnicza”. Przywódcy tej arystokracji robotniczej przechodzili stale na stronę burżuazji i byli - bezpośrednio lub pośrednio - na jej utrzymaniu. Marks zdobył sobie zaszczytną nienawiść tej hołoty za to, że otwarcie ich piętnował jako zdrajców. Najnowszy imperializm (XX wieku) stworzył monopolistyczną, uprzywilejowaną sytuację dla kilku krajów przodujących, i na tym gruncie wszędzie w II Międzynarodówce powstawał typ przywódców-zdrajców, oportunistów, socjalszowinistów, broniących interesów swojego cechu, swojej warstewki arystokracji robotniczej. Doszło do oderwania się partii oportunistycznych od „mas”, tj. od najszerszych warstw ludu pracującego, od ich większości, od najgorzej opłacanych robotników. Zwycięstwo rewolucyjnego proletariatu jest niemożliwe bez walki z tym złem, bez demaskowania, napiętnowania i przepędzenia oportunistycznych, socjalzdradzieckich przywódców; taką politykę zaczęła właśnie prowadzić III Międzynarodówka. […]
Odrzucanie partyjności i dyscypliny partyjnej - oto do czego doszła opozycja. Jest to zaś równoznaczne z całkowitym rozbrojeniem proletariatu na korzyść burżuazji. Jest to równoznaczne właśnie z tym drobnomieszczańskim rozpyleniem, chwiejnością, niezdolnością do wytrwania, do zjednoczenia, do skoordynowanych działań, która niechybnie zaprzepaści wszelki proletariacki ruch rewolucyjny, jeżeli jej pofolgować. Odrzucać partyjność - z punktu widzenia komunizmu to znaczy robić skok od przede-dnia krachu kapitalizmu (w Niemczech) nie do najniższej i nie do środkowej, ale do najwyższej fazy komunizmu. W Rosji czynimy (w trzecim roku po obaleniu burżuazji) pierwsze kroki na drodze, prowadzącej od kapitalizmu do socjalizmu, czyli do najniższego stadium komunizmu. Klasy pozostały po zdobyciu władzy przez proletariat i pozostawać będą wszędzie w ciągu lat. Co najwyżej, być może w Anglii, gdzie nie ma chłopów (lecz bądź co bądź są drobni przedsiębiorcy, okres ten będzie krótszy. Zlikwidować klasy - znaczy to nie tylko przepędzić obszarników i kapitalistów - to zrobiliśmy względnie łatwo - znaczy to również zlikwidować drobnych wytwórców towarowych, tych zaś przepędzić nie można, nie można ich zgnieść, należy znaleźć sposób współżycia z nimi i tylko niezmiernie długą, powolną i ostrożną pracą organizatorską można ich (i trzeba) przerobić i wychować na nowo. Otaczają oni proletariat ze wszystkich stron żywiołem drobnomieszczańskim, przepajają go nim, deprawują go nim, wywołują ciągle wewnątrz proletariatu recydywy drobnomieszczańskiego braku charakteru, rozdrobnienia, indywidualizmu, przerzucania się od nastrojów zapału do zniechęcenia. Potrzebna jest jak najściślejsza centralizacja i karność wewnątrz politycznej partii proletariatu, żeby się temu przeciwstawić, żeby organizatorską rolę proletariatu (a jest to jego główna rola) spełniać prawidłowo, skutecznie, zwycięsko. Dyktatura proletariatu jest to uporczywa walka, krwawa i bezkrwawa, prowadzona środkami przemocy i pokoju, zbrojna i gospodarcza, pedagogiczna i administratorska -przeciwko siłom i tradycjom starego społeczeństwa. Siła przyzwyczajenia milionów i dziesiątków milionów - to siła najstraszniejsza. Nie podobna prowadzić skutecznie takiej walki bez partii, żelaznej i zahartowanej w boju, bez partii, cieszącej się zaufaniem wszystkiego, co jest uczciwe w danej klasie, bez partii, umiejącej wyczuwać nastroje mas i wpływać na nie. Zwyciężyć wielką, scentralizowaną burżuazję jest tysiąc razy łatwiej, niż „zwyciężyć” wielomilionowe masy drobnych gospodarzy; oni zaś swą codzienną, powszednią, niewidoczną, nieuchwytną, rozkładową działalnością osiągają te same wyniki, które są potrzebne burżuazji, które restaurują burżuazję. Kto choć trochę osłabia żelazną dyscyplinę partii proletariatu (zwłaszcza w czasie jego dyktatury),.ten faktycznie pomaga burżuazji przeciw proletariatowi.

[…]


Wzajemny stosunek przywódców - partii - klasy - mas, a wraz z nim stosunek dyktatury proletariatu i jego partii do związków zawodowych przedstawia się u nas obecnie konkretnie jak następuje. Dyktaturę urzeczywistnia zorganizowany w Radach proletariat, którym kieruje komunistyczna partia bolszewików, licząca według danych ostatniego zjazdu partyjnego (kwiecień 1920) 611 tysięcy członków. Liczba członków wahała się bardzo i przed Rewolucją Październikową i po niej, dawniej zaś, a nawet w latach 1918 i 1919, była znacznie niższa. Obawiamy się nadmiernego rozszerzenia partii, gdyż do partii rządowej nieuchronnie starają się wkręcić karierowicze i aferzyści, którzy zasługują tylko na to, aby ich rozstrzeliwać. Ostatni raz otworzyliśmy szeroko podwoje partii - wyłącznie dla robotników i chłopów- w owe dni (zima 1919 r.), kiedy to Judenicz był o kilka wiorst od Petersburga, a Denikin w Orle (około 350 wiorst od Moskwy), t j. kiedy Republice Rad groziło szalone, śmiertelne niebezpieczeństwo i kiedy awanturnicy, karierowicze, aferzyści i w, ogóle ludzie niepewni w żaden sposób nie mogli liczyć na korzystną karierę (raczej mogli oczekiwać szubienicy i tortur), przystępując do komunistów. Partia, która zwołuje doroczne zjazdy (ostatni zjazd: 1 delegat na 1000 członków), jest kierowana przez wybrany na zjeździe Komitet Centralny w składzie 19 osób, przy tym pracę bieżącą w Moskwie wypada prowadzić przy pomocy jeszcze węższych kolegiów, mianowicie, tak zwanego „Orgbiura” (Biura Organizacyjnego) i „Politbiura” (Biura Politycznego), które wybierane są na plenarnych posiedzeniach KC; każde z tych biur składa się z 5 członków KC. Otrzymujemy więc najprawdziwszą „oligarchię”. Żadna instytucja państwowa w naszej Republice nie decyduje w żadnej ważnej kwestii politycznej lub organizacyjnej bez wytycznych wskazań KC partii.
Partia opiera się bezpośrednio w swej pracy na związkach zawodowych, będących formalnie bezpartyjnymi, które liczą obecnie według danych ostatniego zjazdu (kwiecień 1920) ponad 4 miliony członków. Faktycznie wszystkie instytucje kierownicze ogromnej większości związków zawodowych i oczywiście przede wszystkim ogólnozwiązkowej, ogólnorosyjskiej centrali czyli biura (WCSPS - Ogólnorosyjska Centralna Rada Związków Zawodowych) składają się z komunistów i przeprowadzają wszystkie dyrektywy partii. Powstaje, na ogół biorąc, formalnie niekomunistyczny, sprężysty i stosunkowo szeroki, nader potężny aparat proletariacki, poprzez który partia związana jest ściśle z klasą i z masami i poprzez który pod kierownictwem partii urzeczywistniana zostaje dyktatura klasy. Rzecz jasna, nie tylko w ciągu 2 lat, lecz nawet 2 miesięcy nie moglibyśmy rządzić krajem ani urzeczywistniać dyktatury bez najściślejszej łączności ze związkami zawodowymi, bez gorącego poparcia z ich strony, bez najbardziej ofiarnej ich pracy nie tylko w budownictwie gospodarczym, lecz i w wojennym. Zrozumiałe jest, że ta najściślejsza łączność wyraża się w praktyce w bardzo skomplikowanej i różnorodnej pracy propagandowej, agitacyjnej, w częstych i w porę odbywanych naradach nie tylko z kierującymi, lecz i w ogóle z wpływowymi działaczami związków zawodowych, w zdecydowanej walce z mieńszewikami, posiadającymi dotąd pewną, choć zgoła niewielką liczbę zwolenników, których właśnie uczą najrozmaitszych kontrrewolucyjnych machinacji, poczynając od ideowej obrony demokracji (burżuazyjnej), od głoszenia „niezależności” związków zawodowych (niezależność od proletariackiej władzy państwowej!) aż do sabotowania dyscypliny proletariackiej itd. itp.
Łączność z „masami” poprzez związki zawodowe uważamy za niewystarczającą. Praktyka stworzyła u nas w toku rewolucji takie instytucje, jak bezpartyjne konferencje robotnicze i chłopskie, które staramy się ze wszech miar poprzeć, rozwinąć, rozszerzyć, aby śledzić nastroje mas, aby żyć z nimi w bliskim kontakcie, odpowiadać na ich żądania, wybierać spośród nich najlepszych pracowników na stanowiska państwowe itd. W jednym z ostatnich dekretów o przekształceniu Komisariatu Ludowego Kontroli Państwowej na „Inspekcję Robotniczo-Chłopską” konferencje bezpartyjne tego rodzaju otrzymały prawo wybierania członków Kontroli Państwowej w celu dokonywania różnego rodzaju kontroli itd.
Następnie, oczywiście cała praca partii odbywa się poprzez Rady, które jednoczą masy pracujące bez różnicy zawodów. Powiatowe zjazdy Rad są taką demokratyczną instytucją, jakiej jeszcze nie widziały najlepsze z republik demokratycznych świata burżuazyjnego; za pośrednictwem tych zjazdów (których działalność partia stara się jak najbaczniej doglądać), jak również poprzez stałe kierowanie świadomych robotników na wszelkie stanowiska na wsi, urzeczywistnia się kierownicza rola proletariatu w stosunku do chłopstwa, urzeczywistnia się dyktatura proletariatu miejskiego, systematyczna walka z bogatym, burżuazyjnym, wyzyskującym i spekulującym chłopstwem itd.
Taki jest ogólny mechanizm proletariackiej władzy państwowej, zanalizowany „od góry”, z punktu widzenia praktyki urzeczywistniania dyktatury. Można mieć nadzieję, że czytelnik zrozumie, dlaczego bolszewikowi rosyjskiemu, który jest obznajomiony z tym mechanizmem i który obserwował, jak ten mechanizm wyrastał w ciągu 25 lat z drobnych, nielegalnych, podziemnych kółek, wszelkie rozprawy na temat: „z góry” czy „z dołu”, dyktatura przywódców czy dyktatura mas itp., muszą się wydać śmiesznym dziecinnym nonsensem, czymś w rodzaju sporu o to, co jest człowiekowi bardziej potrzebne: lewa noga czy prawa ręka.

[…]


Spójrzmy teraz na „holendersko-lewicowe” argumenty na rzecz niebrania udziału w parlamentach. Oto przekład (z angielskiego) najważniejszej z wyżej wymienionych tez „holenderskich”, tezy 4-ej:
"Kiedy kapitalistyczny system wytwarzania załamał się i społeczeństwo znajduje się w stanie rewolucji, działalność parlamentarna stopniowo traci znaczenie w porównaniu z działalnością samych mas. Kiedy w tych warunkach parlament staje się ośrodkiem i organem kontrrewolucji, z drugiej zaś strony klasa robotnicza tworzy narzędzia swej władzy w postaci Rad - może się okazać nawet koniecznym wyrzeczenie się jakiegokolwiek bądź udziału w działalności parlamentarnej".
Pierwsze zdanie jest wyraźnie niesłuszne, gdyż akcja mas - na przykład wielki strajk - jest zawsze ważniejsza od działalności parlamentarnej, bynajmniej nie tylko w czasie rewolucji albo w sytuacji rewolucyjnej. Ten argument, wyraźnie nie dający się utrzymać, historycznie i politycznie błędny, wykazuje tylko szczególnie jaskrawo, że autorzy absolutnie nie uwzględniają ani ogólnoeuropejskiego […], ani rosyjskiego doświadczenia, dotyczącego doniosłości kojarzenia walki legalnej i nielegalnej. […]
Drugie zdanie jest, po pierwsze, niesłuszne historycznie. My, bolszewicy, uczestniczyliśmy w najbardziej kontrrewolucyjnych parlamentach i doświadczenie wykazało, że udział ten był nie tylko pożyteczny, ale i niezbędny dla partii rewolucyjnego proletariatu właśnie po pierwszej rewolucji burżuazyjnej w Rosji (1905) dla przygotowania drugiej rewolucji burżuazyjnej (II.1917), a następnie socjalistycznej (X.1917). Po drugie, zdanie to jest rażąco nielogiczne. Stąd, że parlament staje się organem i „ośrodkiem” kontrrewolucji (w rzeczywistości, mówiąc mimochodem, „ośrodkiem” nie był nigdy i nie może nim być),a robotnicy stwarzają narzędzia swej władzy w postaci Rad, stąd wynika, że robotnicy powinni się przygotowywać - przygotowywać pod względem ideowym, politycznym i technicznym - do walki Rad przeciwko parlamentowi, do rozpędzenia parlamentu przez Rady. Ale bynajmniej nie wynika stąd, by takie rozpędzenie było utrudnione, albo by nie było ułatwione przez obecność opozycji radzieckiej wewnątrz kontrrewolucyjnego parlamentu. W czasie naszej zwycięskiej walki z Denikinem i Kołczakiem ani razu nie zauważyliśmy, aby istnienie w ich szeregach radzieckiej, proletariackiej opozycji było bez znaczenia dla naszych zwycięstw. Wiemy doskonale, że rozpędzenie przez nas Zgromadzenia Ustawodawczego 5.1.1918 r. było nie utrudnione, lecz ułatwione wskutek tego, że wewnątrz rozpędzanego kontrrewolucyjnego Zgromadzenia Ustawodawczego istniała opozycja, stojąca na stanowisku Rad - konsekwentna, bolszewicka, i niekonsekwentna, lewicowo-eserowska. Autorzy rozpatrywanej tezy uwikłali się całkowicie i zapomnieli o doświadczeniu szeregu- jeżeli nie wszystkich - rewolucyj, świadczącym o tym, jak szczególnie pożyteczne jest w czasie rewolucji kojarzenie akcji masowej na zewnątrz reakcyjnego parlamentu z opozycją, sympatyzującą z rewolucją (jeszcze zaś lepiej: z opozycją popierającą wprost rewolucję) wewnątrz tego parlamentu. Holendrzy i w ogóle „lewicowcy” rozumują tu jak doktrynerzy rewolucji, którzy nigdy nie brali udziału w prawdziwej rewolucji, albo nie wnikali w historię rewolucji, albo też naiwnie przyjmują subiektywne „odrzucanie” określonej reakcyjnej instytucji za rzeczywiste jej zburzenie, dokonane wspólnymi siłami szeregu czynników obiektywnych.
Najpewniejszy środek zdyskredytowania nowej politycznej (i nie tylko politycznej) idei i zaszkodzenia jej polega na tym, że w imię jej obrony doprowadza się ją do absurdu. Wszelką bowiem prawdę, jeżeli ją uczynić „nadmierną”, jeżeli posługiwać się nią przesadnie, jeżeli ją rozszerzyć poza granice jej rzeczywistego zastosowania, można doprowadzić do absurdu, i nieuchronnie nawet przeobraża się ona w absurd we wspomnianych warunkach. Właśnie taką niedźwiedzią przysługę wyświadczają holenderscy i niemieccy lewicowcy nowej prawdzie o przewadze władzy Radzieckiej nad burżuazyjno-demokratycznymi parlamentami. […]
W Europie Zachodniej i w Ameryce parlament stał się szczególnie nienawistnym dla czołowych rewolucjonistów spośród klasy robotniczej. To nie ulega wątpliwości. Jest to zupełnie zrozumiałe, ponieważ trudno sobie wyobrazić coś bardziej nikczemnego, podłego, zdradzieckiego, niż postępowanie olbrzymiej większości posłów socjalistycznych i socjaldemokratycznych w parlamentach w czasie wojny i po jej ukończeniu. […] Stworzyć istotnie rewolucyjną frakcję parlamentarną w europejskich parlamentach jest o wiele trudniej niż w Rosji. Oczywiście. […] Próbować „ominąć” tę trudność, „przeskakując” przez trudną sprawę wykorzystania parlamentów reakcyjnych dla celów rewolucyjnych - to najzwyklejsza dziecinada. Chcecie stworzyć nowe społeczeństwo? a boicie się trudności stworzenia dobrej frakcji parlamentarnej z wiernych, oddanych, bohaterskich komunistów w reakcyjnym parlamencie! Czyż to nie dziecinada? Jeżeli Karol Liebknecht w Niemczech i Z. Höglund w Szwecji umieli nawet bez masowego poparcia z dołu dać wzór istotnie rewolucyjnego wykorzystania parlamentów reakcyjnych, to czyż szybko wzrastająca masowa partia rewolucyjna, w warunkach rozczarowania powojennego i rozjątrzenia mas, nie jest w stanie wykuć sobie frakcji komunistycznej w najgorszych parlamentach?! Właśnie dlatego, że zacofane masy robotników i - bardziej jeszcze - drobnych chłopów w Europie Zachodniej są o wiele silniej, niż w Rosji, przeniknięte przesądami burżuazyjno-demokratycznymi i parlamentarnymi, właśnie dlatego tylko od wewnątrz takich instytucji, jak burżuazyjne parlamenty, mogą (i powinni) komuniści prowadzić długotrwałą, uporczywą, nie cofającą się przed żadnymi trudnościami walkę, polegającą na demaskowaniu, rozpraszaniu, przezwyciężaniu tych przesądów. […] Krytykę - i to najbardziej ostrą, bezwzględną, nieubłaganą krytykę - należy kierować nie przeciwko parlamentaryzmowi lub działalności parlamentarnej, lecz przeciwko tym przywódcom, którzy nie potrafią – jeszcze bardziej przeciwko tym, którzy nie chcą – wykorzystać wyborów parlamentarnych i trybuny parlamentarnej w sposób rewolucyjny, komunistyczny. Tylko taka krytyka, połączona, oczywiście, z przepędzeniem nieodpowiednich przywódców i zastąpieniem ich odpowiednimi - będzie pożyteczną i owocną pracą rewolucyjną, jednocześnie tak wychowującą zarówno „przywódców”, ażeby byli godni klasy robotniczej i mas pracujących - jak i masy, ażeby się nauczyły trafnie orientować w sytuacji politycznej i pojmować często nader skomplikowane i zawikłane zadania, które z tej sytuacji wynikają.

[…]


burżuazja liberalna wyrzeka się uświęconego historycznie w wiekowym doświadczeniu - niezwykle dogodnego dla wyzyskiwaczy - systemu „dwóch partii” (wyzyskiwaczy), uważając za niezbędne zjednoczenie sił tych partii do walki z Partią Pracy. Część liberałów, jak szczury z tonącego okrętu, przerzucają się do Partii Pracy. Lewicowi komuniści uważają przejście władzy do rąk Partii Pracy za nieuniknione i przyznają, że obecnie ma ona za sobą większość robotników. Wyciągają stąd dziwny wniosek, który tow. Sylwia Pankhurst formułuje tak:
„Partia komunistyczna nie powinna zawierać kompromisów… Powinna zachować swą doktrynę w czystości, swą niezależność od reformizmu bez skazy; powołanie jej - iść naprzód, nie zatrzymując się i nie zbaczając z drogi, iść prostą drogą ku Rewolucji Komunistycznej”,
Przeciwnie, stąd, że większość robotników w Anglii idzie jeszcze za angielskimi Kiereńskimi albo Scheidemannami, że nie przeżyła jeszcze doświadczenia z rządem, złożonym z ludzi tego rodzaju, które to doświadczenie zarówno w Rosji, jak w Niemczech było potrzebne, by robotnicy masowo przechodzili na stronę komunizmu, wynika stąd niewątpliwie, że komuniści angielscy powinni uczestniczyć w parlamentaryzmie: powinni od wewnątrz parlamentu pomóc masie robotniczej w tym, by zobaczyła w praktyce wyniki rządów Hendersonów i Snowdenów, powinni pomóc Hendersonom i Snowdenom zwyciężyć zjednoczonych Lloyd George'a i Churchilla. Postąpić inaczej, to znaczy utrudnić sprawę rewolucji, gdyż bez zmiany poglądów większości klasy robotniczej rewolucja jest niemożliwa, zmianę tę zaś wytwarza polityczne doświadczenie mas, nigdy zaś sama tylko propaganda. „Bez kompromisów - naprzód, nie zbaczając z drogi”- jeżeli to mówi jawnie bezsilna mniejszość robotników, która wie (albo w każdym razie powinna wiedzieć), że większość w ciągu krótkiego okresu czasu, w wypadku zwycięstwa Hendersona i Snowdena nad Lloyd George'em i Churchillem, rozczaruje się do swych przywódców i zacznie popierać komunizm (lub w każdym razie stanie się neutralna i w większości wypadków przyjaźnie neutralna w stosunku do komunistów) - takie hasło jest jawnie błędne. Jest to to samo, jak gdyby 10.000 żołnierzy rzuciło się do bitwy przeciwko 50.000 nieprzyjaciół wtedy, gdy trzeba „zatrzymać się”, „zboczyć z drogi”, nawet zawrzeć „kompromis”, byleby się doczekać mających nadejść posiłków w liczbie 100.000, które od razu nie są w stanie wystąpić. Jest to inteligencka dziecinada, nie zaś poważna taktyka klasy rewolucyjnej.

[…]


„ŻADNYCH KOMPROMISÓW”? Widzieliśmy w cytacie z broszury frankfurckiej, z jaką stanowczością wysuwają „lewicowcy” powyższe hasło. […] Ludzie naiwni i zupełnie niedoświadczeni wyobrażają sobie, że wystarczy uznać dopuszczalność kompromisów w ogóle, aby zatarta została wszelka granica między oportunizmem, z którym prowadzimy i powinniśmy prowadzić nieprzejednaną walkę - a rewolucyjnym marksizmem, czyli komunizmem. […] Nasza teoria nie jest dogmatem, lecz wytyczną działania - mówili Marks i Engels […] Rosyjscy rewolucyjni socjaldemokraci przed upadkiem caratu niejednokrotnie korzystali z usług liberałów burżuazyjnych, tj. zawierali z nimi masę praktycznych kompromisów, […] W 1907 roku bolszewicy zawarli na krótki czas formalny blok polityczny z „socjalistami-rewolucjonistami” w wyborach do Dumy. Z mieńszewikami bywaliśmy w latach 1903-1912 po kilka lat formalnie w jednej socjaldemokratycznej partii, nigdy nie przerywając ideowej i politycznej walki z nimi jako z tymi, którzy przenoszą wpływy burżuazyjne na proletariat, i jako z oportunistami. […] Już w chwili przewrotu Październikowego zawarliśmy nie formalny, ale bardzo ważny (i bardzo skuteczny) blok polityczny z chłopstwem drobnomieszczańskim, przyjąwszy całkowicie, bez żadnej zmiany, eserowski program rolny, tj. zawarliśmy niewątpliwy kompromis, aby dowieść chłopom, że chcemy ich nie zmajoryzować, lecz porozumieć się z nimi. Jednocześnie zaproponowaliśmy (i wkrótce urzeczywistniliśmy) formalny blok polityczny, z udziałem w rządzie, „lewicowym eserowcom”, którzy zerwali ten blok po zawarciu pokoju brzeskiego, a potem doszli do zbrojnego powstania przeciwko nam w lipcu 1918 roku i następnie do zbrojnej walki przeciwko nam. […]
Obecnie, kiedy spotykam się z napaściami np. „socjalistów-rewolucjonistów” na naszą taktykę dotyczącą podpisania pokoju brzeskiego, albo kiedy słyszę uwagę towarzysza Landsbury, wypowiedzianą w rozmowie ze mną: „nasi angielscy przywódcy tradeunionów mówią, że kompromisy są dopuszczalne również dla nich, skoro były dopuszczalne dla bolszewizmu” - odpowiadam zwykle przede wszystkim prostym i „popularnym” porównaniem:
Wyobraźcie sobie, że wasz samochód zatrzymali uzbrojeni bandyci. Oddajecie im pieniądze, paszport, rewolwer, samochód. Wybawiacie się od nieprzyjemnego sąsiedztwa z bandytami. Jest to niewątpliwie kompromis. „Do ut des” („daję” ci pieniądze, broń, samochód, „ażebyś dał” mi możność odejścia cało i zdrowo). Ale trudno znaleźć, człowieka o zdrowych zmysłach, który by uznał taki kompromis za „niedopuszczalny ze względów zasadniczych”, albo ogłosił osobę, która zawarła taki kompromis, za wspólnika bandytów (chociaż bandyci, siadłszy do samochodu, mogli go wykorzystać, podobnie jak i broń, dla nowych rozbojów). Nasz kompromis z bandytami imperializmu niemieckiego był podobny do takiego kompromisu.
Ale gdy mieńszewicy i eserowcy w Rosji, szajdemanowcy (i w znacznym stopniu kautskiści) w Niemczech, Otto Bauer i Fryderyk Adler (nie mówiąc już o pp. Rennerach i Sce) w Austrii, Renaudelowie, Longuetowie i Ska we Francji, fabiańczycy, „niezależni” i „partia pracy” („laburzyści”) w Anglii zawierali w latach 1914-1918 i 1918-1920 kompromisy ze zbirami swej własnej, a niekiedy również „sprzymierzonej” burżuazji przeciwko rewolucyjnemu proletariatowi swojego kraju, wtedy właśnie wszyscy ci panowie postępowali jak wspólnicy bandytyzmu.
Wniosek jest jasny: negować kompromisy „ze względów zasadniczych”, negować wszelką dopuszczalność kompromisów w ogóle, jakichkolwiek - to dziecinada, którą trudno nawet jest brać poważnie. Polityk, chcący być użytecznym dla rewolucyjnego proletariatu, powinien umieć odróżnić konkretne wypadki takich właśnie kompromisów, które są niedopuszczalne, w których się ujawnia oportunizm i zdrada, oraz skierować całą siłę krytyki, całe ostrze bezwzględnego demaskowania i nieprzejednanej wojny przeciwko tym konkretnym kompromisom, nie pozwalając doświadczonym „fachowym” socjalistom i jezuitom parlamentarnym wykręcać się i wymigiwać od odpowiedzialności za pomocą rozprawiania o „kompromisach w ogóle”. Panowie angielscy „przywódcy” tradeunionów, jak również stowarzyszenia fabiańczyków i „niezależnej” partii pracy, właśnie tak wykręcą się od odpowiedzialności za dokonaną przez nich zdradę, za zawarty przez nich taki kompromis, który jest rzeczywiście najgorszym oportunizmem, zdradą i zaprzaństwem.
Są kompromisy i kompromisy. Trzeba umieć analizować okoliczności i konkretne warunki każdego kompromisu czy też każdej odmiany kompromisu. Trzeba się uczyć odróżniać człowieka, który oddał bandytom pieniądze i broń, aby zmniejszyć wyrządzane przez bandytów zło i ułatwić sprawę schwytania i rozstrzelania bandytów - od człowieka, który daje bandytom pieniądze i broń, aby uczestniczyć w podziale bandyckiego łupu. W polityce nie jest to bynajmniej zawsze tak łatwe, jak w dziecinnie prostym przykładzie. Ale ten, kto chciałby wymyślić dla robotników taką receptę, która z góry dawałaby gotowe rozwiązanie we wszelkich sytuacjach życiowych, albo kto by obiecywał, że w polityce proletariatu rewolucyjnego nie będzie żadnych trudności ani żadnych zawikłanych sytuacji - ten byłby po prostu szarlatanem.
J. Stalin – przemowa na plenum Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej Bolszewików 19 listopada 1928 roku
[…] Czymże jest „lewicowa” dewiacja? Czy rzeczywiście istnieje tak zwana „lewicowa” dewiacja w naszej partii? Czy w naszej partii, tak jak mówią wspomniane tezy, istnieją tendencje wrogie średnim chłopom, tendencje superuprzemysłowienia, itd.? Owszem, istnieją. Do czego się sprowadzają? Sprowadzają się do tendencji w kierunku trockizmu. To zostało już powiedziane na lipcowym plenum. Odnoszę się do decyzji w kwestii skupu zboża, która mówi o walce na dwa fronty – przeciwko tym, którzy chcą cofnąć się do czasów przed piętnastym kongresem – czyli prawicy, oraz tym, którzy chcą przekształcić nadzwyczajne, tymczasowe rozwiązania w permanentne rozwiązania – czyli „lewicy”, która jest trendem w kierunku trockizmu.
Najwyraźniej nadal mamy w naszej partii elementy trockistowskie i trend w kierunku trockistowskiej ideologii. […] Są trockiści, którzy nie opuścili naszej partii, oraz tacy, którzy, należy założyć, że nie zrzucili z siebie jeszcze ideologii trockistowskiej. Ponadto wydaje mi się, że sekcja trockistów, którzy później oderwali się od trockistowskiej organizacji i powrócili potem do partii nadal nie pozbyli się swojej trockistowskiej ideologii i nie widza nic złego w tym, by swoje poglądy szerzyć wśród członków partii. Jest jeszcze fakt, że nastąpiło odrodzenie trockistowskiej ideologii w niektórych organizacjach naszej partii. Gdy połączymy to wszystko, odnajdziemy, że muszą w partii istnieć elementy dewiacji w stronę trockizmu.
To zrozumiałe. Wraz z istnieniem elementów drobnomieszczańskich i z siłą, które wywierają one na naszą partię, nie mogłoby w niej nie być trockistowskich trendów. Jedną kwestią jest aresztowanie lub wydalenie z partii kadr trockistowskich. Osobną kwestią jest pozbycie się trockistowskiej ideologii raz na zawsze. To będzie o wiele trudniejsze. Gdziekolwiek istnieje prawicowa dewiacja, musi również być „lewicowa” dewiacja. „lewicowa” dewiacja jest cieniem prawicowej dewiacji. Lenin mawiał, odnosząc się do „ocowistów”, że „lewicowcy” są mienszewikami wywróconymi do góry nogami. To bardzo trafne. To samo należy powiedzieć o dzisiejszej „lewicy”. Ludzie, którzy kierują się w stronę trockizmu, są w rzeczywistości również prawicowcami, lecz odwróconymi do góry nogami, którzy zasłaniają się „lewicowymi” frazesami.
Dlatego walka musi być na dwa fronty – zarówno przeciwko prawicowej, jak i „lewicowej” dewiacji.
Można zapytać: jeżeli „lewicowa” dewiacja jest w swej esencji tym samym co prawicowa dewiacja, jaka jest między nimi różnica i dlaczego fronty muszą być dwa? I faktycznie, jeżeli zwycięstwo prawicy oznacza wzrost szans na przywrócenie kapitalizmu, a zwycięstwo „lewicy” prowadzi do tego samego rezultatu, jaka jest między nimi różnica i dlaczego niektórzy są nazywani prawicowcami, a niektórzy „lewicowcami”? A jeśli między nimi istnieje różnica, na czym ona polega? Czyż nie jest prawdą, że obie te dewiacje mają te same społeczne korzenie, to znaczy, że obie dewiacje są dewiacjami drobnomieszczańskimi? Czy to nie prawda, że jeśli którakolwiek z nich zwycięży, rezultat będzie identyczny? Jaka jest różnica?
Różnica leży w ich platformach, ich żądaniach, ich podejściu i w ich metodach.
Dla przykładu, jeżeli prawicowcy powiedzą: „Błędem było budowanie elektrowni wodnej na Dnieprze”, a „lewicowcy” powiedzą, że „Budowanie tylko jednej elektrowni na Dnieprze jest bez sensu i powinniśmy budować taką elektrownię co roku”, to trzeba przyznać, że jest między nimi jakaś różnica.
Jeżeli prawicowcy powiedzą: „Zostawmy kułaków w spokoju, niech rozwijają się swobodnie”, a „lewicowcy” powiedzą: „Uderzmy nie tylko w kułaków, ale i w średnich chłopów, ponieważ są oni tak samo właścicielami, jak kułacy”, to trzeba przyznać, że oczywiście jest między nimi różnica.
Jeżeli prawicowcy powiedzą: „Pojawiły się trudności, czas zahamować”, a „lewicowcy” powiedzą: „Czymże dla nas są trudności – w cholerę z waszymi trudnościami i pełną parą do przodu!”, to trzeba przyznać, że oczywiście jest między nimi różnica.
To krótki obraz platform i swoistych metod „lewicowców”. To również wyjaśnia, dlaczego „lewicowcy” są w stanie czasem odnieść sukces w zdobywaniu poparcia części robotników, poprzez używanie wzniośle brzmiących „lewicowych” frazesów, przez udawanie najbardziej zdeterminowanych przeciwników prawicowców, pomimo iż cały świat wie, że ci „lewicowcy” mają te same społeczne korzenie co prawicowcy i nierzadką osiągają porozumienie, tworzą blok wraz z prawicowcami, by walczyć przeciwko linii leninowskiej.
Dlatego my, Leniniści, musimy walczyć na dwóch frontach – przeciwko prawicowej dewiacji i „lewicowej” dewiacji.
Jeżeli trend trockistowski reprezentuje „lewicową” dewiację, czy oznacza to, że jest on bardziej lewicowy niż Leninizm? Nie, nie oznacza tego. Leninizm jest najbardziej lewicowym trendem w światowym ruchu robotniczym. My Leniniści należeliśmy do drugiej międzynarodówki aż do wybuchu wojny imperialistycznej, jako najbardziej ekstremalnie lewicowa grupa socjaldemokratów. Nie pozostaliśmy w drugiej międzynarodówce i wzywaliśmy do rozłamu właśnie dlatego, że jako grupa ekstremalnie lewicowa nie chcieliśmy być częścią tej samej partii co drobnomieszczańscy zdrajcy marksizmu, socjalpacyfiści i socjalszowiniści.
To te taktyki i ta ideologia stała się potem podstawą wszystkich partii bolszewickich świata. W naszej partii, my Leniniści, jesteśmy jedynymi lewicowcami bez cudzysłowu. A więc my, Leniniści, nie jesteśmy ani „lewicą”, ani prawicą naszej partii. Jesteśmy partią marksistów-leninistów. Wewnątrz naszej partii zwalczamy nie tylko tych, których otwarcie nazywamy reprezentantami oportunistycznych dewiacji, lecz również tych, którzy udają, że są bardziej „lewicowi” niż marksizm, bardziej „lewicowi” niż leninizm i tych, którzy kamuflują swoją prawicową, oportunistyczną naturę wzniosłymi „lewicowymi” frazesami.
Wszyscy wiedzą, że kiedy nazywamy „lewicowcami” ludzi, którzy nie wyzbyli się swych trockistowskich nawyków, robimy to ironicznie. […]
W jaki sposób trockistowskie elementy mogłyby zostać nazwane lewicowymi (bez cudzysłowu), gdy zaledwie wczoraj zjednoczyli się w anty-leninowskim bloku z elementami otwarcie oportunistycznymi i złączyły się bezpośrednio i natychmiastowo z antysowieckimi warstwami kraju? Czy nie jest faktem, że zaledwie wczoraj mieliśmy jawny blok „lewicowców” i prawicowców przeciwko partii Leninowskiej, oraz że ten blok niewątpliwie posiadał wsparcie elementów burżuazyjnych? Czy to nie ukazuje, że „lewicowcy” i prawicowcy nie mogliby stworzyć zjednoczonego bloku, gdyby nie mieli wspólnych społecznych korzeni, gdyby zarówno jedni, jak i drudzy nie byli w swej naturze oportunistami? Trockistowski blok rozpadł się na kawałki rok temu. Kilku z prawicowców, takich jak Szatunowski, opuściło blok. A więc niektórzy z prawicowców przyznają, że byli prawicowcami, podczas gdy „lewicowcy” będą maskować swoją prawicowość „lewicowymi” frazesami. Lecz co gwarantuje nam, że „lewicowcy” i prawicowcy znów siebie nie odnajdą? Oczywiście, że nie ma i nie może być takiej gwarancji. Lecz czy walka na dwa fronty oznacza, że proklamujemy konieczność centryzmu w naszej partii? Co oznacza walka na dwa fronty? Czyż to nie centryzm? Wiecie dobrze, że Trockiści ukazują sprawę następująco: są „lewicowcy”, to znaczy „my”, „trockiści”, „prawdziwi leniniści”; są również „prawicowcy” to znaczy cała reszta. Czy to jest poprawna ocena naszej partii? Oczywiście, że nie. Tylko ludzie, którzy zagmatwali się w swoich pojęciach i już dawno rozstali się z marksizmem mogliby tak stwierdzić. […]
Centryzm nie powinien być rozpatrywany jako pojęcie przestrzenne: to znaczy prawicowcy po jednej stronie „lewicowcy” po drugiej i centryści pomiędzy. Centryzm jest pojęciem politycznym. Jego ideologia jest ideologią adaptacji, podporządkowania interesów proletariatu interesom drobnomieszczaństwa wewnątrz jednej, wspólnej partii. Ta ideologia jest dla Leninizmu obca i odstręczająca.
Centryzm był naturalnym zjawiskiem w drugiej międzynarodówce przed wojną. Byli prawicowcy (czyli większość), Lewicowcy (bez cudzysłowu) i centryści, których cała polityka polegała na ubieraniu oportunizmu prawicy lewicowymi frazesami i podporządkowywaniu lewicy prawicowcom.
Jaka była wówczas polityka lewicy, której rdzeń stanowili bolszewicy? Polityką bolszewików była zdeterminowana walka z centrystami, walka o rozłam z prawicą (zwłaszcza po wybuchu imperialistycznej wojny) i walka o organizację nowej, rewolucyjnej międzynarodówki składającej się ze szczerze lewicowych, proletariackich elementów.
Dlaczego możliwe było wówczas powstanie takiego układu sił wewnątrz drugiej międzynarodówki? Ponieważ druga międzynarodówka była wówczas partią bloku proletariackich i drobnomieszczańskich interesów, służącą interesom drobnomieszczańskich socjalpacyfistów i socjalszowinistów. Ponieważ wówczas bolszewicy byli w stanie skoncentrować swoje ataki jedynie na centrystach, którzy usiłowali podporządkować elementy proletariackie interesom drobnomieszczaństwa. Ponieważ wówczas bolszewicy nawoływali do rozłamu, gdyż w przeciwnym wypadku proletariusze nie byliby wstanie zorganizować własnej, monolitycznej partii.
Czy można stwierdzić, że w naszej partii komunistycznej istnieje podobny układ sił i należy prowadzić taką samą politykę, jaką prowadzili bolszewicy w drugiej międzynarodówce przed wojną? Oczywiście, że nie. […] Mamy zupełnie inną klasową podstawę naszej partii. Wśród socjaldemokratów centryzm był naturalnym zjawiskiem, ponieważ partia bloku dwojakich interesów nie jest w stanie się dogadać bez centrystów. U nas komunistów, centryzm jest całkowicie pozbawiony sensu i niekompatybilny z zasadami partii Leninowskiej, ponieważ partia komunistyczna jest monolityczną partią proletariatu, a nie partią bloku różnorakich elementów klasowych.
A skoro główna siła w naszej partii jest najbardziej lewicowym trendem w światowym ruchu robotniczym, polityka rozłamu w naszej partii nie ma i nie może mieć żadnego uzasadnienia. […]
To dlatego uważam, że jedynie ludzie, którzy postradali zmysły i pozbyli się z siebie ostatków marksizmu są w stanie poważnie twierdzić, że polika naszej partii, polityka walki na dwa fronty, jest polityką centryzmu.
Lenin zawsze walczył na dwa fronty w naszej partii – zarówno przeciwko „lewicowcom”, oraz przeciwko dewiacjom mienszewickim. Studiując broszurę Lenina pod tytułem „Dziecięca choroba «lewicowości» w komuniźmie”, studiując historię naszej partii, zrozumiecie, że nasza partia rosła w siłę dzięki walce przeciwko obydwu dewiacjom – przeciwko prawicowej i „lewicowej” dewiacji. Walka przeciwko Ocowistom i „lewicowym” komunistom z jednej strony i przeciwko jawnym oportunistom przed, w trakcie i po rewolucji październikowej z drugiej strony […]. Wszyscy znają słowa Lenina, według których musimy zwalczać zarówno jawnych oportunistów, jak i „lewicowe” doktrynerstwo.
Czy to oznacza, że Lenin był centrystą? Że prowadził centrystyc
Co więc reprezentują nasze prawicowe i „lewicowe” dewiacje?
Jeśli chodzi o prawicową dewiację – nie jest to oczywiście oportunizm przedwojennych socjaldemokratów. Dewiacja w stronę oportunizmu nie jest jeszcze oportunizmem. Znamy wyjaśnienie pojęcia dewiacji, dokonane przez Lenina. Dewiacja prawicowa jest czymś, co jeszcze nie przyjęło postaci oportunizmu i może być poprawiona. A więc dewiacja prawicowa nie powinna być zrównywana z całkowitym oportunizmem.
„Lewicowa” dewiacja jest czymś diametralnie przeciwnym ekstremalnej lewicy w przedwojennej drugiej międzynarodówce – to znaczy bolszewików. Nie tylko „lewicowy” dewianci nie są lewicowi, lecz są w swej esencji prawicowymi dewiantami, z tą różnicą, że nieświadomie kamuflują swoją prawdziwą naturę poprzez „lewicowe” frazesy. Byłoby przestępstwem wobec partii, by nie rozpoznawać ogromnej różnicy pomiędzy „lewicową” dewiacją a rzeczywistymi Leninistami, którzy są jedynymi lewicowcami w naszej partii. […]
Ci dewianci, zarówno prawicowi, jak i „lewicowi”, są rekrutowani z najróżniejszych elementów warstw nieproletariackich, elementów, które odzwierciedlają siły wywierane na partię przez drobnomieszczaństwo, oraz reprezentują degenerację niektórych sekcji partii. Byli członkowie innych partii; członkowie partii, którzy mają trockistowskie tendencje; pozostałości starych ugrupowań partyjnych; członkowie partii w państwowych, spółdzielczych i związkowych organach, którzy stają się (lub stali się) zbiurokratyzowani i łączą się z otwarcie burżuazyjnymi elementami w tych organach; członkowie partii w organizacjach rolniczych, którym dobrze się powodzi i którzy łączą się z kułakami; i tak dalej – to są sekcje, które hodują dewiacje od linii leninizmu. Jest oczywiste, że te elementy nie są w stanie przyjąć niczego szczerze lewicowego i leninowskiego. Są jedynie w stanie wzmacniać otwarcie oportunistyczne dewiacje i tak zwane „lewicowe” dewiacje, które maskują swój oportunizm lewicowymi frazesami. […]
Czy tezy, według których naszą główną metodą walki z prawicową dewiacją powinna być walka ideologiczna na pełną skalę, są słuszne? Myślę, że tak. Wspomnijmy doświadczenie walki z trockizmem. Od czego zaczęliśmy walkę z trockizmem? Od organizacyjnych kar? Oczywiście, że nie! Zaczęliśmy od walki ideologicznej. Trwała ona od 1918 do 1925. Już w 1924 nasza partia i piąty kongres Kominternu przyjął rezolucję, według której trockizm jest drobnomieszczańską dewiacją. Pomimo tego Trocki pozostał częścią naszego komitetu centralnego i biura politycznego. […] Dalej „tolerowaliśmy” Trockiego i trockistów w komitecie centralnym. Dlaczego pozwoliliśmy im pozostać w najważniejszych organach partyjnych? Ponieważ wówczas trockiści, pomimo nie zgadzania się z partią, wykonywali decyzje centralnego komitetu i pozostawali lojalni. Kiedy zaczęliśmy wprowadzać organizacyjne kary? Dopiero gdy trockiści zorganizowali się we frakcję, ustanowili centrum swojej frakcji, zamienili frakcję w nową partię i zaczęli nawoływać lud do demonstracji antysowieckich.
Myślę, że musimy podążać tym samym kursem w walce z prawicową dewiacją. […] Czy prawicowa dewiacja ma frakcję? Nie sądzę. Czy można powiedzieć, że nie wykonują decyzji partyjnych? Nie mamy dowodów, by im coś takiego zarzucić. Czy można powiedzieć, że prawicowa dewiacja nieuchronnie zorganizuje się we frakcję? Wątpię. A więc główną walką z prawicową dewiacją powinna być walka ideologiczna na pełną skalę. To jest tylko bardziej poprawne, ponieważ istnieje wśród członków naszej partii przeciwna tendencja – tendencja rozpoczynania walki nie walką ideologiczną, lecz organizacyjnymi karami. Mówią oni wprost: dajcie nam dziesięciu, czy dwudziestu tych prawicowców, a szybko się z nimi rozprawimy i pozbędziemy się prawicowej dewiacji. Towarzysze – uważam, że takie poglądy są niewłaściwe i niebezpieczne. […]
Widzę nieufny uśmiech na twarzach kilku towarzyszy. To nie wystarczy, towarzysze. Widzę, że niektórzy z was mają niepohamowaną żądzę, by usuwać pewnych mówców prawicowej dewiacji ze swoich stanowisk najszybciej, jak to możliwe. Lecz to, drodzy towarzysze, nie jest rozwiązaniem problemu. Oczywiście, że łatwiej jest usuwać ludzi z ich stanowisk, niż prowadzić szeroką i inteligentną kampanię, która wyjaśnia prawicową dewiację, prawicowe zagrożenie i jak z nim walczyć. Lecz to co najłatwiejsze nie powinno być uważane za najlepsze. Zorganizujcie kampanię wyjaśniającą prawicowe zagrożenie, nie szczędźcie na to czasu, a wówczas zobaczycie, że im szersza i głębsza będzie ta kampania, tym gorsze będą skutki dla prawicowej dewiacji. […]

Dodatkowe informacje

Czy istnieje lewe skrzydło komunizmu? Czy Stalin i Lenin byli centrystami? Kim są „lewicowi” komuniści? Na te pytania znajdziemy odpowiedź w tekstach Lenina i Stalina.

Wersja PDF