Ryszard Kapuściński

Algieria zakrywa twarz - Kapuściński o polityce wczesnej niepodległej Algierii

Linki:

RYSZARD KAPUŚCIŃSKI


ALGIERIA ZAKRYWA TWARZ



19 czerwca 1965 został usunięty prezydent Algierii – Ahmed Ben Bella. Stało się to w nocy, po godzinie drugiej, w czasie zmiany wart. Ben Bella mieszkał w domu przy Avenue Franklin-Roosevelt, mniej więcej w połowie drogi między gorącym, zatłoczonym centrum Algieru a ekskluzywną dzielnicą willową zwaną Hydra. Ten dom, choć ma piękną nazwę willa Joly, nie odznacza się niczym szczególnym. Również mieszkanie prezydenta mieściło się w przeciętnym, aczkolwiek eleganckim standardzie. Ci, których Ben Bella do siebie zapraszał, wspominają, że sam otwierał kluczem drzwi wejściowe. Ponieważ należał do ludzi roztrzepanych, ciągle tych kluczy gdzieś szukał. W swoim mieszkaniu Ben Bella, mężczyzna czterdziestosześcioletni, żył samotnie.
Ben Bella był człowiekiem skromnym, niezwykle uczciwym i skrupulatnym w sprawach materialnych. Miał Peugeota 404, wóz, którym w innych krajach afrykańskich jeżdżą najwyżej dyrektorzy departamentów. Nie była to skromność wyrachowana. Prezydenta cechowała zawsze wrodzona, naturalna niedbałość wobec dóbr doczesnych. Jadał nieregularnie i na chybcika, a jego ubrania nie były w najlepszym gatunku. Po prostu nie dbał o to.
Mimo swoich czterdziestu sześciu lat zachował ogromną dozę młodzieńczości, i to nie tylko w sensie fizycznym, ale, co jest może ważniejsze — umysłowym. Był, jak się to u nas mówi — typem młodzieżowca. Nie wyglądał na swoje lata. Widziałem Ben Bellę w Adis Abebie w 1963 roku. Można mu było dać trzydzieści sześć, siedem lat. Miał czarną, gęstą czuprynę nisko zarastającą czoło i twarz o rysach wyrazistych, twarz męską, młodą, o jasnej cerze. W tej twarzy uderzał mnie zawsze jakiś rys infantylny, który sugerował, że w człowieku zachowała się cecha chłopięcej kapryśności, jakiegoś rozgrymaszenia. W istocie Ben Bella miał naturę nierówną. Wszystko było w nim płynne, nieskoordynowane, sprzeczne. Był to żywioł kipiący, naelektryzowany, ale nie ujęty w żadne łożysko. Łatwo, w ciągu chwili, Ben Bella przyrzucał się z nastroju w nastrój. Był impulsywny, porywczy, miotały nim pasje. Niecierpliwił się — ta niecierpliwość go zgubiła. Podniecony rzucał słowa nieobliczalne, podejmował decyzje nieprawdopodobne, do których nazajutrz się nie przyznawał. „Ben Bella wytworzył w kierownictwie sytuację — powie potem jeden z jego bliskich współpracowników — w której już nikt nie wiedział, czego się trzymać”. Zachowanie Ben Belli odbijało cechy jego charakteru. Z więzienia wyniósł nawyk swoistego relaksu: mógł godzinami siedzieć nieruchomo z twarzą całkowicie kamienną, w której nie drgnął ani jeden mięsień. Robiło to niesamowite wrażenie. Potem nagle ożywiał się, wpadał w egzaltację, mówił z gwałtowną gestykulacją. Wreszcie uspokajał się, zmęczony, uśmiechnięty. Musiał przeżywać jakieś silne napięcia, które burzyły jego ład wewnętrzny.
Postać Ben Belli przykuwała uwagę, była fascynująca.
Namiętnością Ben Belli była piłka nożna. Dużo przesiadywał na meczach i sam grał. Często między pracą nad dekretami a posiedzeniem Biura Politycznego jechał na boisko i ganiał za piłką. Jego najbliższym towarzyszem tych zabaw był zapalony piłkarz, minister spraw zagranicznych Algierii i główny współorganizator spisku przeciw Ben Belli – Abdel Azis Buteflika.

2
Technicznie biorąc, zamach na Ben Bellę został przeprowadzony absolutnie bezbłędnie, z doskonałą precyzją. Warunki topograficzne były dla zamachowców jak najlepsze: willa Joly leży w sąsiedztwie domu, w którym mieszka pułkownik Bumedien, w sąsiedztwie willi Artur, w której mieszka Buteflika, a przede wszystkim w sąsiedztwie sztabu generalnego, gdzie opracowano plan spisku, oraz w pobliżu koszar żandarmerii. Ben Bella żył samotnie w miejscu otoczonym domami zamieszkanymi przez ludzi, którzy potem wtrącili go do lochu. Tak więc dramat, nawet w sensie dosłownym, rozegrał się między sąsiadami z jednego podwórka.
Domu Ben Belli pilnowali policjanci i żołnierze. Teraz, po drugiej w nocy, warta ustępująca zobaczyła, że dowódcą rozprowadzającym nową zmianę jest szef sztabu generalnego ludowej armii Algierii — Tahar Zbiri. Zbiri, chłopski syn, żywiołowy talent wojskowy, typ klasycznie czapajewowski, zapisał piękną kartę w latach wojny wyzwoleńczej. Był dowódcą partyzantki w rejonie Algieru, dowódcą Villaii I, odznaczył się niewiarygodną odwagą i wspaniałym zmysłem taktycznym. Po wyzwoleniu został odsunięty trochę na ubocze przez elitę armii Bumediena. Ben Bella, który nie wiemy, na ile świadomie przeczuwał, że kiedyś Bumedien podstawi mu nogę, wydźwignął Zbiriego na stanowisko szefa sztabu generalnego, z tą myślą podobno, że kiedy dojdzie do rozgrywki między Ben Bellą a Bumedienem, Ben Bella postawi Zbiriego jako swojego człowieka w armii na miejsce Bumediena.
Ale w nocy 19 czerwca właśnie Tahar Zbiri dowodził operacją zamachu. Było z nim kilku oficerów sztabu generalnego. Wszyscy mieli na głowach hełmy, byli ubrani w polowe mundury i mieli w rękach automaty. Weszli do willi Joly. Na Avenue Franklin-Roosevelt wyjechały dwa czołgi-kolosy T-54.
Kiedy Ben Bella obudził się, musiał zobaczyć najpierw skierowane w jego stronę lufy automatów, a potem masywną, ale zgrabną sylwetkę swojego przyjaciela, bohatera wojny wyzwoleńczej, Tahara Zbiri, z którego osobą prezydent Algierii wiązał wielkie nadzieje polityczne.
Podają cztery różne wersje tego, co się stało potem. Te wersje są wymysłem dziennikarskim. Można przyjąć, że Ben Bella został wyprowadzony ze swojej sypialni. Reszta jest plotką. W rzeczywistości nie wiadomo dosłownie nic.
Mówiono, że Ben Bella został zabity. Że jest ranny. Że żyje. Że nie jest ranny, ale chory. Mówiono wszystko, ponieważ nie wiedziano nic. Chodziła wersją, że przebywa na okręcie zakotwiczonym na morzu, w pobliżu Algieru. Zbijano tę wersję twierdzeniem, że Ben Bellę trzymają na Saharze, w bazie wojskowej. Głoszono też pogląd, że Ben Bella przebywa nadal w willi Joly, co jest o tyle logiczne, że właśnie w tym miejscu Bumedien może mieć go najlepiej na oku. Być może Bumedien spotyka się teraz z Ben Bellą i prowadzą rozmowy. Wszystko jest możliwe, ponieważ nic nie jest wiadome. Wersja oficjalna brzmi najbardziej ogólnikowo: że jest dobrze traktowany i że jest w Algierii. Może to i prawda.

3
Ben Bella był przywódcą Algierii przez trzy lata.
Algieria jest krajem niezwykłym, jedynym w swoim rodzaju. Na każdym kroku rzeczywistość algierska odsłania nam swoje kontrasty, sprzeczności i konflikty. Nic nie jest tu jednoznaczne i nic nie poddaje się formule.
Pewien dziennikarz francuski od lat zajmujący się Algierią powiedział mi z bezbronną szczerością. „Ja nie rozumiem tego kraju”. „Ciągle nie mogę pojąć – zwierzył się w rozmowie wybitny ekonomista – jak się to wszystko może trzymać”.
Algieria należy do tej grupy krajów Afryki, w których kolonializm europejski panował dłużej. Francuzi panowali w Algierii przez 132 lata. Tylko Portugalczycy w Angoli i Mozambiku oraz Afrykanerzy i Anglicy w Południowej Afryce mają dłuższy staż kolonialny. Tak długi okres panowania kolonialnego Francuzów wycisnął na Algierii tragiczne piętno, którego ten kraj nie pozbędzie się przez całe dziesiątki lat.
Kolonializm okaleczył i zdeformował Algierię w sposób znacznie większy, niż dokonał tego w stosunku do większości niepodległych krajów Afryki. Główną rolę w tej deformacji kolonialnej odgrywają zawsze osadnicy europejscy. Dlatego nie tylko długość okresu kolonialnego, ale również — a może nawet przede wszystkim ilość osadników jest decydującym miernikiem, jakim ocenia się stopień spustoszenia kolonialnego w danym kraju Afryki. Pod tym względem na całym kontynencie afrykańskim Algieria ustępuje tylko Afryce Południowej. Ilość osadników europejskich w Algierii wynosiła około 1 200 000 ludzi. Jest to tyle, ile wynosiła liczba osadników europejskich w dwudziestu sześciu krajach Afryki tropikalnej łącznie. Osadnicy stanowili jedną dziesiątą ludności Algierii.
Ale nie tylko to jest ważne. Położenie geograficzne Algierii ma również zasadnicze znaczenie. Spośród wszystkich kolonii afrykańskich Algieria była kolonią położoną najbliżej swojej metropolii. Dzisiaj z Algieru do Paryża samolot leci dwie godziny. Te dwie godziny lotu są nie tylko faktem komunikacyjnym, ale i symbolem więzi między Francją i Algierią, którą motali Francuzi przez 132 lata i której ani wojna wyzwoleńcza, ani niepodległość nie przecięła. Co więcej, jeżeli przypatrzymy się cyfrom, okaże się, że Algieria jest dziś krajem bardziej związanym (nie tylko ekonomicznie) ze swoją byłą metropolią kolonialną niż jakiekolwiek inne niepodległe państwo afrykańskie.

4
Przeszłość kolonialna ciąży nad każdą dziedziną rzeczywistości algierskiej. Istotą kolonializmu jest to, że w życiu kraju podbitego wytwarza on cale szeregi p r z e p a ś c i. Wszędzie powstają te przepaście: w ekonomice, w uwarstwieniu społecznym, w mentalności ludzkiej. Dla kraju kolonialnego charakterystyczny jest obraz, na którym widzimy najnowocześniejszą zautomatyzowaną fabrykę tranzystorów, a przy ścianie tej fabryki zaczynają się pieczary, gdzie mieszkają ludzie posługujący się do dziś drewnianą motyką. „Patrzcie, jakie wybudowaliśmy im wspaniałe szosy” – mówią koloniści. Tak, ale przy tych szosach leżą wioski, których ludność nie wyszła jeszcze z paleolitu. Taki właśnie obraz przedstawia Algieria.
Ludzie, którzy są zakochani we Francji, muszą zachwycać się Algierem. Jest to miasto na wskroś francuskie, nawet arabska dzielnica Kazba ma bardzo francuskie esprit. To nie jest Afryka, to jest Lyon, Marsylia. Świetnie zaopatrzone wystawy, wyborna francuska kuchnia, urocze bistra. Wymysły mody paryskiej docierają tu tego samego dnia, podobnie jak prasa Paryża i jak paryskie plotki.
Ale czterdzieści kilometrów od Algieru, od tego Paryża Afryki, zaczyna się epoka kamienna. Po półgodzinnej jeździe samochodem czuję, że jestem z powrotem w Afryce. Sześćdziesiąt kilometrów za Algierem zaczynają się wsie, w których ludzie do dziś nie znają koła garncarskiego. Oryginalne garnki kabylskie są lepione ręką. I nowy kontrast: w tej prymitywnej Kabylii, gdzie uważa się, że dziecka nie można myć, bo umrze w boleściach, znajduję szpital i w tym szpitalu naszego lekarza, który właśnie przyjechał tu na kontrakt z Krakowa i który mi mówi: „Panie, tu jest taka sala chirurgii, że mnie się nie śniło, że takie cuda techniki istnieją. Ja nawet nie wiem, jak się tymi cackami posługiwać”.
Kontrasty. Algieria to są nieprawdopodobne kontrasty. Pięć formacji społecznoekonomicznych współistnieje tu ze sobą o miedzę albo przeplata się w najbardziej zdumiewającą mozaikę.
Dwa kontrasty są optycznie najbardziej przepastne: kontrast między stolicą Algierii a resztą kraju i kontrast między północną częścią Algierii, położoną w basenie Morza Śródziemnego, a częścią środkową i saharyjską, a więc interiorem albo, jak tu mówią, b l e d e m. Ta część północna, nadmorska, ma dobry klimat, przychylny ludziom i uprawom. W tej głównie części mieszkali kolonowie. Tu są wielkie plantacje i tu jest przemysł. Tu są duże miasta, a także bardzo ładne — i znowu bardzo francuskie — miasteczka. Piękne szosy, motele, pałacyki, dokładnie jak na Lazurowym Wybrzeżu.
Podróż w głąb Algierii jest przede wszystkim podróżą w czasie: cofamy się w epoki zamierzchłe, ale ciągle tu żywe, ciągle wszechobecne. Reszta kraju to spalony step albo piaski Sahary.

DZIEWIĘĆ DZIESIĄTYCH ALGIERII – TO SAHARA.


Sahara algierska słynna jest z tego, że znajduje się na niej francuski ośrodek atomowy w Regane, pierwsze zagłębie naftowe oraz że na skałach Tassilii zachowały się najstarsze freski świata. Również na algierskiej Saharze w miasteczku Insalah istniał do niedawna największy na świecie rynek niewolników. Ben Bella ten rynek zamknął, rozdał niewolnikom ziemie oraz palmy daktylowe należące do handlarzy niewolników. Dzisiaj w Insalah istnieje jedyna na świecie dyktatura niewolników, których nazywano „haratin” (zwierzęta juczne). W ten sposób Ben Bella spełnił marzenie Spartakusa.
Kolonializm tworzy przepaście społeczne. Są one żywe w społeczeństwie algierskim. Na jednym biegunie polityka kolonialna wytwarza warstwę „kulturalnych” i „sprawnych” tubylców, na drugi biegunie – biedy i ciemnoty – spycha resztę społeczeństwa. Od całości społeczeństwa odcina się wyraźnie i niedemokratycznie warstwa urzędnicza, mieszczańska i inteligencka. Są to ludzie wymodelowani na Francuzów, którzy przejęli ich styl życia i w dużym stopniu — myślenia. Ich miejscem życia jest miasto, pofrancuskie biurko i francuska kawiarnia. W skład tej warstwy wchodzą przedstawiciele wszystkich odcieni politycznych Algierii – od reakcjonistów do komunistów. Łączą ich nie poglądy polityczne, ale styl życia. Z tego środowiska rekrutuje się większość politycznego i administracyjnego aparatu Algierii. Warunkiem uczestniczenia w rządzącej elicie algierskiej jest znajomość francuskiego, a ci ludzie władają francuskim biegle. Ich wspólną cechą oprócz stylu życia jest jeszcze oderwanie od kraju. Jedna rzecz, której ci ludzie na pewno nie robią: nie zasypują przepaści między Algierem i Algierią. Nie zajmują się tym. Nie myślą o tym. Przede wszystkim dlatego, że nie znają kraju, że żyją w Algierze, ale nie żyją w Algierii. „Uderzające jest — powiedział mi ktoś w rozmowie — że ci ludzie z rządu i z partii w ogóle nie znają Algierii i nic o niej nie wiedzą. Tu nikt nie zna wsi. Ben Bella trochę interesował się wsią, ale niewielu poza nim”. A wieś to jest 80 procent Algierii.
Znowu wpływ francuskiej tradycji, dla której typowy jest dworski styl w polityce. Udziela się to całej atmosferze politycznej Algieru, którą przenikają intrygi i w której dużo jest plotek. Środowisko wyżywa się w różnych ocenach, frakcjach, frondach i spiskach. Wszyscy wyżywają się w tym, co dzisiaj powiedział Bumaza, co jutro powie Mahsas i czy pojutrze zamknie Said Mohammeda, czy Mohammed Saida. A to, że w kraju jest trzy miliony bezrobotnych, nad tym się już nie dyskutuje. Ben Bella chciał jakoś oczyścić styl polityki algierskiej z tego nieznośnego intryganctwa, z tej płycizny kawiarnianej, ale nie potrafił i zresztą — nie zdążył.
Ben Bella wobec warstwy urzędniczej popełnił błąd fatalny, najbardziej zgubny w skutkach: dał jej francuską, kolonialną siatkę płac. Przeczytałem tysiąc stron o Algierii i nie znalazłem nigdzie wzmianki na ten temat, a przecież to jest fakt podstawowy, fakt, który mógł przekreślić szanse socjalizmu w Algierii, jeszcze zanim zbudowanie tego socjalizmu zostało w ogóle proklamowane. O co tu chodzi? Cała administracja państwowa i gospodarcza Algierii liczy około 300 000 pracowników średnich i wyższych. Te stanowiska w czasach kolonialnych (było ich wówczas nieco mniej) zajmowali głównie Francuzi. Zarobki Francuzów w Algierii były w stosunku do średnich dochodów Algierczyka fantastyczne, ale nawet w stosunku do dochodów Francuza zatrudnionego w równoległej kategorii we Francji były bardzo wysokie. Ogromna większość Francuzów wyjechała. Na ich miejsce przyszli Algierczycy. I przejęli te same zarobki. W ten sposób w jednej chwili, jednym dekretem, została powołana do życia warstwa biurokratycznej burżuazji. Ci ludzie wiedzą, że wszystkie inicjatywy socjalistyczne wymagają akumulacji. I że zasadniczym źródłem akumulacji wewnętrznej w kraju o takiej ekonomice jak Algieria — jest pozycja w budżecie przeznaczona na płace urzędników. Biurokracja zjada połowę budżetu Algierii. Jest więc wiadome, że wszelki ambitny program budowania socjalizmu w Algierii musi zacząć się od zburzenia tej pokolonialnej struktury płac, a więc od pozbawienia biurokracji jej przywilejów materialnych.

5
Francja zostawiła Algierii gospodarkę o strukturze typowo kolonialnej, zacofanej. Zasadniczą cechą tej gospodarki jest to, że stanowi ona i n t e g r a l n ą c z ę ś ć o r g a n i z m u e k o n o m i c z n e g o F r a n c j i i że jest niesamodzielna i niewystarczalna.
Powierzchnia Algierii wynosi 2 381 000 km kw. Algieria jest więc blisko osiem razy większa od Polski. Liczy ponad dwanaście milionów mieszkańców (z tego 15 procent stanowią Berberzy–Kabyle i Tuaregowie, reszta – Arabowie).
Pod względem ogólnego rozwoju ekonomicznego, poziomu infrastruktury i rozmieszczenia ludności Algieria rozpada się na dwie wyraźne – a w samym terenie gołym okiem widoczne – części:
Północną — stanowiącą 5 procent powierzchni kraju — i pozostałą część kraju.
Te pięć procent decyduje o wszystkim gospodarczo, politycznie, społecznie. Różnica między północą Algierii a pozostałą Algierią – szalona. Jeżeli przyjąć średni dochód Algierczyka za 100, to dochód mieszkańca części południowej wynosi 30, dochód mieszkańca północnego Oranu – 200, a mieszkańca Algieru –275.
W północnej i środkowej części kraju średnia gęstość zaludnienia wynosi 5 osób na jeden km kw. W części południowej – trzech ludzi przypada na dziesięć km kw.
Przemysł algierski stanowi najmniejszy sektor gospodarki. Zatrudnia on 2 procent ludności (ponad 240 tysięcy pracujących) i dostarcza 20 procent dochodu narodowego brutto.

RESZTĘ DOCHODU DAJE ROLNICTWO.


W rolnictwie pracuje około 70 procent ludności.

6
Wojna algierska trwała siedem i pół roku. Była to w ostatnim dwudziestoleci obok rewolucji chińskiej i wojny wietnamskiej największa wojna wyzwoleńcza na świecie. Lud algierski zdał w tej wojnie najwyższy egzamin bohaterstwa, wytrwałości i patriotyzmu.

WOJNA ZAKOŃCZYŁA SIĘ PORAŻKĄ FRANCJI.


Ale Algieria za to zwycięstwo zapłaciła cenę wielką. I płaci ją do dziś
W czasie wojny wyginęła jedna dziesiąta społeczeństwa algierskiego – ponad milion ludzi. Tych zabitych, zamordowanych, spalonych napalmem nazywają tu chuhada – męczennicy.
Francuzi dokonali w Algierii ogromnych zniszczeń. Zrównali z ziemią ponad osiem tysięcy wsi algierskich, pozbawiając dachu nad głową miliony ludzi. Spalili tysiące hektarów lasów, które osłaniały ziemie algierskie przed erozją. Wyniszczyli bydło stanowiące dla połowy chłopstwa algierskiego podstawę utrzymania (z siedmiu milionów sztuk bydła ocalało tylko trzy miliony). Fellach dźwigał główny ciężar tej wojny.
Wojna była również przyczyną olbrzymich procesów migracyjnych. O ile idea walki wyzwoleńczej była czynnikiem umacniającym jedność społeczeństwa algierskiego, o tyle migracje powodowały jego rozbicie, zdziesiątkowanie. Był to proces jednoczesny, który odbił się na świadomości Algierczyków w sposób szczególnie skomplikowany.
Trzy miliony Algierczyków zostało wygnanych ze swoich wiosek i zamkniętych w rezerwatach albo przesiedlonych w najbardziej odosobnione tereny. 400 tysięcy Algierczyków znalazło się w więzieniach albo było internowanych. 300 tysięcy zbiegło do Tunezji i Maroka. Równolegle, przez wszystkie lata wojny, trwała ucieczka ludzi ze wsi (najbardziej dotkniętej represjami) – do miast.
Dzisiaj 30 procent ludności algierskiej żyje w miastach, co nie jest uzasadnione żadną przyczyną ekonomiczną. Większa część tych ludzi miejskich to bezrobotni, ale na wieś albo nie chcą wracać, albo nie mogą, bo ich wioski już nie istnieją.
Ale obok strat ludzkich i materialnych ślady wojny zachowały się również w świadomości społecznej. Są to ślady żywe, dodatnie i ujemne. Dodatnie – bo z wojny tej Algieria wyszła jako kraj samodzielnych ambicji społecznych i politycznych, jako kraj antyimperialistyczny i antykolonialny. Ujemne – bo w czasie wojny wytworzyły się w społeczeństwie algierskim podziały, które paraliżują jedność działania Algierczyków i kładą się ciężarem na ich życie polityczne.
Społeczeństwo to nigdy nie było jednolite. Stanowiło ono – i stanowi po dziś dzień – mieszaninę grup etnicznych, sekt religijnych, warstw społecznych, plemion i klanów. To cala bogata i złożona mozaika. Wojna zaprowadziła pewien ład w tym chaosie socjalnym. Wciągnęła większość Algierczyków do walki o wspólny cel. Ale po zakończeniu wojny ta dezintegracja społeczeństwa algierskiego zaczęła odradzać się na nowo. Powstanie Kabylów jest tego przykładem. Lud algierski nie jest jeszcze wartością uformowaną, to tygiel, w którym się wszystko ciągle miesza.
Wojna dodała do tego nowy podział: z jednej strony na tych, którzy brali udział w wojnie, z drugiej na tych, którzy byli na służbie Francuzów. A ci, którzy brali udział w wojnie, dzielą się z kolei na tych, którzy walczyli wewnątrz kraju, i na tych, którzy walczyli poza jego granicami.
W kraju walczyła partyzantka. Oblicza się, że w partyzantce brało bezpośredni udział 300 tysięcy Algierczyków. Te oddziały najbardziej krwawiły.
Jednocześnie Francuzi wciągnęli do swojej armii i administracji część Algierczyków. Walczyli rękami tych Algierczyków z powstańcami algierskimi. Podziały przebiegają często przez jedną wieś, przez jedną rodzinę, („W Tudży — pisze o jednym z miasteczek algierskich Jules Roy w swojej książce «Wojna w Algierii» - nie ma ani jednej rodziny, która nie byłaby podzielona i nie musiałaby układać się zarówno z FWN, jak i z armią francuską... w pewnych rodzinach jeden mężczyzna przystąpił do rebelii, a drugi jest w armii francuskiej... Dlaczego są w służbie francuskiej? Bo tu się dostaje kawałek chleba i żołd... Czy te podziały znikną, gdy nastanie pokój? Armia sądzi, że przeciwnie, pogłębią się jeszcze bardziej... Jak nie podzielać tej obawy? W Tudży trzydziestu mężczyzn służy w armii francuskiej i co wieczór urządza zasadzki na swoich braci – partyzantów”).
Pamięć o tym, co kto robił w czasie wojny, jest w dzisiejszej Algierii żywa, a wzajemna wrogość tych ludzi z dwóch stron barykady nie ustąpiła. Rzecz w tym, że spośród tych kolaborantów rekrutuje się kadra algierskich fachowców, bo tylko oni mieli możność zdobywania kwalifikacji. Oni dziś stanowią podstawową kadrę administracyjną Algierii, a wielu z nich uprawia cichy, ale systematyczny sabotaż. Rząd musiał ich nawet wciągnąć z powrotem do armii. Stało się to w czasie konfliktu z Marokiem, który Algieria przegrała przez słabość służby tyłów. Rząd mógł wyprowadzić z tego tylko jeden wniosek: trzeba wciągnąć kolaborantów, bo to są fachowcy. I tak się stało.
Jest wreszcie trzecia grupa – to emigranci. Ci, którzy spędzili wojnę w więzieniach Francji (jak Ben Bella), albo ci, którzy służyli w armii algierskiej utworzonej w Maroku i Tunezji (jak Bumedien).
Między partyzantami i emigrantami ciągnie się spór, który nie ma końca, który nie ustanie przez całe pokolenie.
Chodzi o to, że Algieria uzyskała niepodległość w momencie poważnego wyniszczenia ruchu partyzanckiego. Partyzanci byli wykrwawieni, zdziesiątkowani, zepchnięci w głąb kraju, na najbardziej odludne i niedostępne tereny. Byli rozproszeni.
Tymczasem u granic Algierii, w Tunezji i Maroku, stała silna, doskonale zorganizowana, świetnie uzbrojona, dobrze wyszkolona, solidnie odkarmiona młoda armia algierska.
Przy pierwszym kroku, który zrobili partyzanci, aby sięgnąć po władzę, ta armia wjechała pancernymi kolumnami do Algierii i zaprowadziła swoje porządki.
Od tego momentu, od lata 1962, ta armia graniczna rozstrzygała, rozstrzyga i będzie jeszcze przez lata rozstrzygać w Algierii o wszystkim.
Od tego momentu też cała politycznie czynna część społeczeństwa algierskiego, cała kierująca tym krajem elita i cały administrujący Algierią aparat, będą rozpadały się na trzy grupy, trzy frakcje:

EMIGRANTÓW, KOMBATANTÓW I KOLABORANTÓW.


Jest to elementarny klucz do zrozumienia układów wewnętrznych w polityce algierskiej.

7
W takim kraju w 1962 roku Ben Bella objął władzę. Okoliczności startu miał złe. Na dobrą sprawę warunki, w jakich stawał na czele Algierii, zdecydowały o jego późniejszej porażce. Sytuacja była szczególna:
Kraj wyszedł z wojny osłabiony, rozbity. Szczególnie wyniszczona była wieś. Milion Francuzów wyjeżdżało w popłochu z Algierii. Ludność wracała z wychodźstwa, z rezerwatów, z obozów. Plantacje stały opuszczone, fabryki — nieczynne. Administracja była zdezorganizowana. Kadra jakichkolwiek fachowców była mała, kadra techniczna — prawie żadna. Bezrobocie — powszechne. A przede wszystkim społeczeństwo było wycieńczone, wygłodniałe. Chciało pokoju i chciało jeść. Jeszcze dziś odczuwa się w Algierii wyraźnie, jak to społeczeństwo jest z m ę c z o n e.
Ben Bella brał władzę w kraju, który jest może najtrudniejszym do rządzenia krajem Afryki. Jest to kraj o szczególnie zawikłanej i wypełnionej sprzecznościami problematyce wewnętrznej, którą można zobrazować tylko jako wielopiętrową konstrukcję społecznoekonomiczna, przecinającą się na wielu płaszczyznach i na wielu poziomach. Nikt nie wie, jak rządzić tym krajem – to mówią sami Algierczycy.
Ben Bella zaczynał swoją walkę będąc s a m. Przed kilku miesiącami wyszedł dopiero z więzienia po latach izolacji. Nie miał swojej ekipy, nie miał gwardii. Większość czynnych polityków była jego przeciwnikami, blokowała się przeciw niemu, a on nie miał za sobą oddanej mu i silnej partii, którą mógłby im przeciwstawić.
Partia była skłócona, rozbita przez spory wewnętrzne, przez walki grupowe, przez frakcje, które się wzajemnie paraliżowały.
Zostawała więc jedna tylko siła, u której Bella mógł szukać oparcia w swojej walce o władzę. Tą siłą była armia, sprawna, mająca poczucie własnej mocy armia graniczna, bumedienowska. Istota tej armii polegała na tym, że było to wojsko bezczynne. W kraju toczyła się wojna, ale armia ta nie mogła przedostać się na pole walki, ponieważ granice między Tunezją a Algierią zalegał system zapór, których nie sposób było sforsować. Zablokowana w ten sposób armia Bumediena zwróciła swoje zainteresowania w stronę polityki. Niemożność aktywizacji militarnej armia rekompensowała wzrostem aktywności politycznej. To było zresztą działaniem programowym, ponieważ żołnierz bumedienowski był szkolony na wzór rewolucyjny, na wzór żołnierza–polityka, w jednym ręku karabin, a w drugim notatnik agitatora. Kadra starych, zawodowych polityków skupiona wokół Tymczasowego Rządu Algierii i kierownictwa FWN czuła dawno, na co się z tą armią zanosi. Starzy politycy bali się armii i szukali sposobów rozbrojenia jej, 2 lipca 1962 roku, na trzy dni przed niepodległością Algierii, Rząd Tymczasowy powziął decyzję o usunięciu Bumediena i jego najbliższych oficerów, którzy dzisiaj zasiadają w Radzie Rewolucyjnej. Ale Bumedien usunąć się nie dał. Stanął teraz otwarcie w opozycji do starych polityków. A przeciw starym politykom był również Ben Bella, którego oni nie chcieli dopuścić do władzy. W ten sposób logika sytuacji doprowadziła do sojuszu Ben Belli z Bumedienem. Jeden drugiemu był niezbędny. Ben Bella miał nazwisko, był skłócony z Rządem Tymczasowym, umiał mówić i bronił koncepcji armii upolitycznionej. Upolityczniona armia pchała Ben Belle do władzy, ponieważ ta armia była jedyną siłą zwartą, jaka została po zakończeniu wojny na scenie algierskiej. Jasne było, że szanse objęcia władzy ma tylko kandydat armii. To znaczy Ben Bella.

I TAK SIĘ TEŻ STAŁO.


Ale tym samym już w momencie startu Ben Bella miał nogi w potrzasku: był zawsze na oku wojskowych, którzy wiedzieli, co armia potrafi, jeśli tylko tego chce.

8
Chcę tu bronić Ben Bellę, podobnie jak będę bronił Bumediena. Ben Bella nie był „demonem”, jak o tym mówiła zbyt nerwowa i demagogiczna deklaracja z 19 czerwca, i Bumedien nie jest „reakcjonistą”, jak o tym pisał „Unità”. Obaj oni są ofiarami tego samego dramatu, jaki przeżywa każdy polityk Trzeciego Świata, jeżeli jest uczciwy, jeżeli jest patriotą. Był to dramat Lumumby i Nehru, jest to dramat Nyerere i Sékou Touré. Istota tego dramatu polega na straszliwym oporze materii, na jaki natrafia każdy z nich przy zrobieniu pierwszego, drugiego, trzeciego kroku na szczytach władzy. Każdy z nich chce coś dobrego zrobić, zaczyna robić i po miesiącu, po roku, po trzech latach widzi, jak wszystko to nie wychodzi, rozłazi się, osiada w piasku. Wszystko staje w poprzek drogi: wielowiekowe zacofanie, prymitywna gospodarka, analfabetyzm, fanatyzm religijny, zaślepienie plemienne, chroniczne zagłodzenie, przeszłość kolonialna z jej polityką upodlenia i otępienia podbitych, szantaż imperialistów, zachłanność skorumpowanych, bezrobocie, ujemne bilanse. Na takiej drodze postęp jest trudny. Polityk zaczyna się szamotać, szuka wyjścia w dyktaturze. Dyktatura rodzi opozycję. Opozycja organizuje zamach.

I CYKL ZACZYNA SIĘ OD NOWA.


Istnieją różne warianty tego mechanizmu, ale w jego schemacie nie ma dużych odchyleń. W tym świecie zacofania dyktatury rodzą się z pewną powtarzającą się prawidłowością. Często nie są one płodem indywidualnym patologicznych despotów, ale konsekwencją warunków, w których nie można rządzić państwem na wzór sugerowany przez Platona.


9

TRZY LATA RZĄDÓW BEN BELLI.


OPOZYCJA MU ZARZUCA, ŻE ZROBIŁ MAŁO.


ALE CZY TO PRAWDA!


Ben Bella był indywidualnością wielką, dominował wyraźnie szerokością horyzontów, głębią myśli. Myślenie jego było odważne, płodne, choć często niekonsekwentne. Była to postać wybitna, tylko że bardzo złożona i nierówna.
Bilans rządów Ben Belli ma swoje niewątpliwe aktywa: Przede wszystkim Ben Bella uporządkował kraj, który wyszedł z wojny, u r u c h o m i ł A l g i e r i ę, uruchomił aparat państwa, gospodarki, oświaty, nadał bieg w miarę normalnemu życiu.
Dokonał śmiałego aktu upaństwowienia i oddania pod zarząd robotników porzuconych przez osadników plantacji i przedsiębiorstw. W ten sposób stworzył duży sektor socjalistyczny w gospodarce algierskiej.
Nie dopuścił do wojny domowej, która Algierii groziła i która mogłaby doprowadzić ten kraj do długotrwałego upadku.
Przygotował nowy etap reformy rolnej, która zmieniłaby życie kilkuset tysięcy robotników algierskich.
Dał Algierii prestiż czołowego państwa w Trzecim Świecie. Chciał stworzyć z Algierii pomost między Europą i Afryka, poprzez Algierię otwierał lewicy europejskiej, partiom komunistycznym drogę do Afryki, do świata arabskiego.
Jest ważne, że światopogląd Ben Belli nie był obciążony Był jednym z rzeczników aktywnej walki antykolonialnej. Żadną ortodoksją, żadnym fanatyzmem. Była to umysłowość otwarta, chłonna, choć może zbyt mało selektywna. Ben Bella w młodości nie był uczniem żadnej szkoły ideologicznej. Przystąpił do ruchu, bo chciał wolnej Algierii. Walczył, siedział w więzieniu. Kiedy obejmował władzę, miał poglądy zbieżne z prawicą. Ale potem szedł na lewo. Była to ewolucja wyraźna, ale tej ewolucji dokonywał Ben Bella nie w drodze przemyśleń intelektualnych, ale niejako instynktownie, poprzez udział w praktyce politycznej. Stąd mówią, że socjalizm Ben Belli był s e n t y m e n t a l n y, mówią, że Ben Bella „był sercem na lewo”, że on po prostu socjalizm l u b i ł. Stąd też w jego środowisku byli komuniści algierscy, których uwag słuchał, a wiele ich sugestii realizował.
Ben Bella zmieniał klimat obyczajowy Algierii, klimat ciągle sprzyjający konserwie. Starał się stworzyć młodzieży warunki rozwoju, uwolnić fellachów od tyranii obszarniczej, wyzwolił niewolników i walczył o prawa kobiet. Na wieść o usunięciu Ben Belli wśród kobiet algierskich zapanowała rozpacz. Chodziły w żałobie. (Jedna z nich powiedziała mi. „On chciał stworzyć kobietom życie: Teraz mężczyźni znowu zamkną nas w domach”).
Socjalizm Ben Belli był eksperymentem śmiałym, oryginalnym. W uproszczeniu miał składać się z socjalistycznej gospodarki, ale z zachowaniem islamistycznej nadbudowy. Opozycja zarzuca mu, że za dużo o tym mówił, a za mało robił. Że socjalizm w wydaniu Ben Belli był werbalny.

10


Ile czasu prezydent Algierii poświęca na walkę z opozycją? Ben Bella ciągle toczy boje z opozycją. Zamiast zająć się programem pozytywnym, rozprawia się z przeciwnikami. Jesteśmy w sytuacji typowo algierskiej. Ciągle ktoś spiskuje, a rząd sparaliżowany jest stałą groźbą przewrotu. W samym tylko roku 1963 w kwietniu Ben Bella usuwa Khidera (sekretarza generalnego FWN), bo Khider organizował przeciw niemu opozycję; w czerwcu aresztuje Budiafa za spisek przeciw rządowi; w lipcu przywódca Kabylów Ait Ahmed ogłasza, że rozpoczyna otwartą wojnę przeciw rządowi; w sierpniu Ben Bella usuwa Ferhat Abbasa (przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego), bo Abbas jest w opozycji do partii; we wrześniu usuwa Rabaha Bitata za działalność opozycyjną; również we wrześniu usuwa pułkownika el-Hadżi za organizowanie powstania w Kabylii. Październik i listopad to wielkie powstanie kabylskie, a Kabylowie stanowią blisko jedną piątą ludności algierskiej. To są tylko nazwiska w Algierii największe, a ileż spisków pokątnych albo stłumionych w zarodku, iluż opozycjonistów pomniejszych? W Algierii nic nie kończy się na dyskusji. Tu każdy ma swoje zdanie, ale w dodatku każdy czuje jeszcze potrzebę, aby to zdanie forsować na siłę, aby dowodzić swojej racji przez proklamację otwartej wojny z reżimem, a jeśli nie ma szans na wojnę otwartą, to przez montaż jakiegoś spisku. Brak dyscypliny politycznej, zupełny brak zdolności myślenia kategoriami interesów państwa. Na to trzeba całych lat, całych pokoleń.
Przy tym wszystko to dzieje się w sytuacji ideologicznie płynnej, niezdefiniowanej, bo to nie jest kapitalizm, do którego nikt się nie przyzna, to nie jest socjalizm, znany tu pobieżnie, i to już nie jest islam ortodoksyjny — rodzi się jakaś nowa jakość, ale ta jakość nie ma jeszcze ram doktrynalnych i każdy rozumie ją po swojemu. Stąd w umysłowości algierskiej tyle zamętu, tyle sprzeczności, tyle poglądów montowanych z elementów najbardziej fantastycznie sprzecznych. Utrudnia to ogromnie walkę polityczną, bo przeciwnicy — nie mając jasnych koncepcji, nie mogą się porozumieć ani ustalić swoich stanowisk. Walka przenosi się na płaszczyznę osobistych konfliktów, odradzają się stare spory, frakcyjność.
W tym labiryncie Ben Bella lawiruje na pozór zręcznie, Stopniowo opozycja przenosi się za mury więzienne albo emigruje za granicę. Może Ben Bella myśli, że umocnił się na dobre?

ALE BEN BELLA NIE JEST UMOCNIONY.


Najsłabszy punkt jego doktryny politycznej to stosunek do problemu partii. To właśnie, w ostatecznym rozrachunku, zdecydowało o upadku prezydenta Algierii. Z trzech elementów władzy: partii, aparatu państwa i armii, przywódca kraju powinien mieć wszystkie trzy, ale musi mieć chociaż jeden.

BEN BELLA NIE MIAŁ NIC.


„Ben Bella znajdował się w próżni” - napisał Heikal w „Al Ahram”.

W TYM ZDANIU JEST WSZYSTKO.


Partia w Algierii to było Biuro Polityczne i komitety w prowincjach. Aparat państwa odnosił się niechętnie do programów Ben Belli, bo bał się, że obetną pensje. Sojusz Ben Belli z armią był zawsze tylko taktyczny.
W świecie arabskim nie ma tradycji partii politycznych jako czołowej, zorganizowanej siły społecznej. Taką partię trudno jest budować. Ale też Ben Bella nie poświęcił się temu zadaniu, partia wystarczała mu jako fasada, jako grupa współpracowników, poza którą nie zaglądał dalej.

11


Co działo się w Algierii w okresie poprzedzającym przewrót?

NIE DZIAŁO SIĘ DOBRZE.


Na ocenę sytuacji w tym kraju zawsze będą składać się problemy dziś nierozwiązalne milionowe bezrobocie, nędza wsi, bałagan w sektorze samorządowym, brak kadry, rozpiętość między intencją rządu a rzeczywistym stanem kraju, niezrównoważony bilans. Ben Bella tego nie zmienił i nie wiadomo, kto i kiedy to zmieni.

ATMOSFERA W ELICIE BYŁA JESZCZE GORSZA.


Zastój gospodarczy, niepowodzenia wewnętrzne, bezwład biurokracji, immobilizm mas – pchają zwykle polityków Trzeciego Świata w dwóch kierunkach:

- W KIERUNKU DYKTATURY;


- W KIERUNKU AKTYWIZACJI POLITYKI ZAGRANICZNEJ.


Ben Bella poszedł dokładnie tą drogą. Rekompensował swoje porażki wewnętrzne polityką zagraniczną, która budowała mu prestiż w świecie. Tej polityce zaczął stopniowo poświęcać coraz więcej czasu, coraz więcej pasji. Lubił wizyty, rozmowy przy okrągłym stole. Potrafił być ujmujący, ludzie byli pod wrażeniem jego uroku osobistego. Jego ambicje sięgały w tej dziedzinie daleko. Myślał o zbrojnej pomocy dla powstańców Angoli i Mozambiku, szkolił bojowników z Afryki Południowej. Oddał Algier jako miejsce drugiego Bandungu. Mówią, że sam kierował przygotowaniami, n i e d z i e l i ł t e g o z a d a n i a z n i k i m. Na długo przed konferencją zaczął prowadzić szeroką korespondencję z szefami wielu państw Afryki i Azji. Zaprosił na czerwiec Czou Enlaja z wizytą. W lipcu wybierał się z wizytą do de Gaulle'a. Zaprosił do Algieru Światowy Festiwal Młodzieży. Algieria stawała się jednym z centralnych państw Trzeciego Świata, ale koszt tego awansu, przede wszystkim koszt finansowy, był ogromny. To wszystko pochłaniało miliony dolarów, których ten kraj tak potrzebuje.
Stopniowo dysproporcja między wewnętrzną i zagraniczną polityką Ben Belli zaczęła się rozszerzać. Kontrast pogłębiał się: Algieria miała w świecie opinię państwa rewolucyjnego, o śmiałej, zdecydowanej, dynamicznej polityce, opinię państwa, które jest przystanią i podporą walczących i uciśnionych tego świata, które tworzy wzór, za jakim pójdą kolorowe kontynenty, które daje przykład jasny i porywający – a tymczasem wewnątrz kraju panował zastój, bezrobotni obsiadali place wszystkich miast, nie było inwestycji, dominował analfabetyzm, panoszyła się stara biurokracja, reakcja i fanatyzm, uwagę rządzących zajmowały intrygi.
To rozejście się polityki zagranicznej z wewnętrzną, typowe dla wielu krajów Trzeciego Świata, nigdy nie może się na dłuższą metę utrzymać. Kraj, jego własny kraj, ściągnie zawsze takiego polityka na dół, na ziemię. Kraj nie może dźwigać długo takiej polityki. Nie stać go na to i nawet nie jest tym zainteresowany.
Być może odejście Ben Belli zapowiada zbliżenie się końca epoki wielkich liderów Trzeciego Świata, którzy wyrastali znacznie ponad chude życie codzienne swojego kraju, którzy byli bardziej przywódcami niż gospodarzami swoich państw. Nawet Nyerere i Sékou Touré utracili na dynamice, przygniotła ich gospodarka. Trudności ekonomiczne naciskają, brak kapitałów, brak kadry, kłopoty z handlem.
Być może nadchodzi czas, w którym polityka zagraniczna, polityka aktywna, z którą się liczą, staje się luksusem państw rozwiniętych, a kraje biedniejsze będą musiały dopasować ją do swoich możliwości, zwykle nie największych, zwykle znacznie poniżej nacjonalistycznych ambicji.

12


Przewrót czerwcowy poprzedził narastający konflikt między Ben Bellą a jego otoczeniem. Losy tego konfliktu są złożone. Wiele jego elementów miało źródła w roku 1962, niektóre brały się z okresu walki z opozycją. Nie wszyscy z elity uważali przeciwników Ben Belli za swoich przeciwników. Jedni sądzili, że traktuje opozycję zbyt ostro, inni, że za łagodnie. Niedługo przed upadkiem Ben Bella zaczął układać się z opozycją kabylską. To się nie podobało Bumedienowi, który Kabylów nie znosi. Ben Bella prowadził te rozmowy za plecami rządu. Potem zaczął się wykręcać i publicznie odwoływać całą historię. Jego zaangażowanie w politykę światową nie podobało się. Drażniła otoczenie ta polityka obliczana na efekt międzynarodowy, nastawiająca się na imprezy gigantyczne, których koszty były ponad miarę kieszeni algierskiej. Otoczenie bało się zresztą tego rozgłosu, jaki Ben Bella zdobywał, ponieważ rosnący prestiż prezydenta czynił go bardziej niedostępnym, utrudniał nad nim kontrolę. W istocie w jakimś sensie nazwisko Ben Belli miało większą wagę za granicą niż w samej Algierii.
Ale dwie przyczyny najbardziej wpłynęły na decyzję zamachu:

STYL RZĄDZENIA PREZYDENTA.


Przygotowywana przez Ben Bellę rozprawa z Bumedienem.
Jak każdy jedynowładca Ben Bella stopniowo pozbywał się ludzi samodzielnie myślących i gotowych bronić swojego zdania. Tych, którzy zostawali, nie szanował, nie liczył się z nimi. Zdecydowanie dominował nad nimi poziomem, formatem. Trwał ze szczególnym uporem przy swoich koncepcjach, do których dochodził często na drodze zdumiewającej wytrwałości. Łatwość i lekkość, z jaką inni wyrażali swoje zdanie, raziła go i denerwowała. Nie cenił takiego zdania. Ben Bella stopniowo przestawał słuchać otoczenia. Przestawał znosić tych ludzi. Krzyczał na nich. Nie zbierał ich, aby coś z nimi ustalić. Zbierał ich, aby im komunikować swoje decyzje. „Dzisiaj postanowiłem to i to” – było formą, w jakiej zagajał posiedzenie Biura Politycznego.
Z drugiej strony działał mechanizm dworu, który wpycha lidera w stan izolacji. Stoi na świeczniku, ale stoi sam. Willa Joly stopniowo pustoszała. Ben Bella tracił kontakt nawet ze starymi przyjaciółmi. Nie miał dla nich czasu albo go drażnili. Jeśli przychodził ktoś, aby zgłosić swoje uwagi, Ben Bella zaperzał się, dzwonił na ochronę i kazał go zamykać. Ludzie zaczęli unikać go, bali się podpaść.
Ben Bella był człowiekiem nastrojów, łatwo wpadał we wściekłość, a potem siedział ponury. Unosił się, nie obliczał słów. Na krótko przed zamachem krzyknął na posiedzeniu rządu. „Ja was wszystkich powyrzucam”. Rzeczywiście wyrzucał.
Przestawał wierzyć komukolwiek. Ludzie albo spiskowali, albo uprawiali sabotaż. Pewnego dnia przedstawił dziennikarzowi egipskiemu Bumediena, mówiąc: „Oto człowiek, który przygotowuje spisek przeciw mnie”. I zapytał:. „Jak posuwają się intrygi?”. „Dziękuję, bardzo dobrze” — odpowiedział Bumedien.
Coraz bardziej koncentrował władzę w swoich rękach. Był prezydentem Republiki i sekretarzem generalnym partii. Zaczął również przejmować ministerstwa. Sam decydował, kto będzie członkiem Biura Politycznego, kto będzie członkiem KC, kto będzie w rządzie i parlamencie. „Decydował o wszystkim” – zapewniał potem Buteflika dziennikarzy.
Była to osobowość skomplikowana, wielopłaszczyznowa. Z jednej strony nie ufał nikomu, z drugiej starał się wszystkich zapewniać o swojej przychylności. Rozmawiał z każdą frakcją i każdej frakcji przyrzekał. Rano spotykał się z lewicą, przyrzekał i nie dotrzymywał, po południu spotykał się z prawicą, przyrzekał i też nie dotrzymywał. Z kolei ludzie przestawali mu wierzyć. Wzajemna podejrzliwość narastała, pogłębiała atmosferę napięcia.
Grał, improwizował. To był wielki improwizator, taktyk. Ale tej taktyce nie przewodziła wyraźna myśl strategiczna. W tej taktyce nie było planu, była dorywczość.
Nie dał sobie nic powiedzieć. Był bezkrytyczny wobec siebie. Wierzył w swoją siłę, w swoją gwiazdę, w swoją popularność. Miał dobrą prasę, do ostatniej chwili miał bardzo dobrą prasę. Nie było w dobrym tonie pisać źle o Ben Belli. Dziennikarze go lubili. Przyjmował ich chętnie.
Był taki pewny siebie, iż poczuł, że nadszedł moment, aby rozprawić się z głównym przeciwnikiem, z tą siłą, która wniosła go do władzy, która stała przez trzy lata nie tyle za nim, ile obok niego z armią. Nie wiedział, nie czuł, jak bardzo samotną i beznadziejną podejmuje walkę. Armia bowiem to byli nie tylko ci w mundurach, ale i ci, którzy już chodzili bez mundurów, kariery zaczęli w wojsku. Połowa rządu, KC, parlamentu – to była armia, dawna albo obecna, emigracyjna albo kombatancka. Okazało się, że w ekipie Ben Belli większość ludzi należała do Bumediena, a nie do Ben Belli.
Ben Bella zaczął od dwóch pociągnięć taktycznych. Najpierw postanowił powołać oddziały milicji ludowej, które miały stworzyć siłę równoważącą wpływ armii. Nie zdążył tego zrobić. Potem kiedy Bumedien był w Moskwie, Ben Bella mianował Tahara Zbiri szefem sztabu generalnego, na co Bumedien nigdy by się nie zgodził, bo Zbiri był partyzantem. Mówią, że na początku czerwca atmosfera w elicie była nie do zniesienia. Ben Bella zaczął wyraźnie przygotowywać czystkę. Sam ją zapowiedział.
Na tydzień przed zamachem, w sobotę 12 czerwca, na posiedzeniu Biura Politycznego Ben Bella zapowiedział, że w następną sobotę, 19 czerwca, odbędzie się posiedzenie Biura z następującym porządkiem dziennym:

1. ZMIANA GABINETU;


2. ZMIANA DOWÓDZTWA ARMII;


3. LIKWIDACJA OPOZYCJI WOJSKOWEJ.


Bumediena na tym posiedzeniu nie było, bo już rozeszli się z Ben Bellą ostatecznie. Ale i tak połowa Biura to byli ludzie Bumediena.
Po tym posiedzeniu Ben Bella wsiadł w samolot i pojechał na tydzień do Oranu. Pojechał w pojedynkę.

ZAGROŻENI ZOSTALI SAMI W ALGIERZE.


Sytuacja była tym gorsza, że nikt dokładnie nie wiedział, kto wyleci. Każdy musiał po cichu robić rachunek sumienia. Wszyscy czuli się niepewni i ta niepewność łączyła ich w jeden blok. Ale podobno pod nieobecność Ben Belli jeszcze trwały dyskusje, czy zrobić zamach, czy nie. Czy może wystarczy zagrozić Ben Belli zamachem?
W piątek 18 czerwca, na kilka godzin przed zamachem, Ben Bella miał w Oranie wiec. Na tym wiecu powiedział, że „Algieria jest zjednoczona jak nigdy przedtem”, że wszelkie plotki o rozłamie w rządzie są nonsensem, wrogą propagandą.
Po wiecu poszedł na mecz, bo żadnego meczu nie przepuszczał.

PÓŹNYM WIECZOREM WRÓCIŁ DO ALGIERU.


Podobno ktoś jeszcze dzwonił do niego, żeby zwołać nadzwyczajne posiedzenie rządu.
Odpowiedział, że jest zmęczony, że idzie spać.
Po drugiej w nocy obudził go jego przyjaciel, pułkownik Tahar Zbiri, w hełmie i z automatem w ręku. Ben Bella zniknął bez śladu.

13


Technicznie biorąc, zamach ten sprowokował Ben Bella. Organizatorem zamachu był pierwszy wicepremier, minister obrony narodowej, członek Biura Politycznego FWN, członek Zgromadzenia Narodowego Algierii, dowódca ludowej armii narodowej, były nauczyciel literatury arabskiej, pułkownik Houari Bumedien (jego właściwe nazwisko brzmi Bukharuba Mohammed). Pułkownik, bo w armii algierskiej, jako w armii ludowej, chłopskiej i rewolucyjnej, nie ma stopni generalskich ani marszałkowskich. Dystynkcje oficerskie są bardzo skromne, mundury szeregowców i oficerów nie różnią się ani krojem, ani gatunkiem materiału.
Bumedien nie jest fotogeniczny, w dodatku gazety, które go nie lubią, retuszują mu twarz w ten sposób, żeby wyglądał drapieżnie.
W rzeczywistości Bumedien robi sympatyczne wrażenie. Jest średniego wzrostu, bardzo szczupły. Twarz ma pociągłą, niemal ascetyczną, o zapadniętych policzkach i wysuniętych szczękach. Oczy, głęboko wpadnięte, są brązowe, ruchliwe, o niesłychanej przenikliwości. Bumedien nie jest podobny do Araba. Jest szatynem o długiej, falującej czuprynie i ma krótko przycięty was, zrudziały od nikotyny, ponieważ pali papierosa za papierosem.
Jego sposób bycia zdumiał mnie. Widziałem go w kilka dni po zamachu, sądziłem, że zobaczę postać o manierach despoty. Tymczasem Bumedien zachowuje się w sposób nieśmiały, zażenowany. Byłem na przyjęciu, które wydał w Pałacu Ludowym. Wszystkim kłaniał się nisko jak sztubak. Ciągle nie wiedział, co zrobić z rękoma, i zachowywał się w taki sposób, że to jego nieobycie w salonach jakoś rzucało się w oczy. Po przywitaniu gości usiadł w fotelu pod ścianą i w milczeniu wpatrywał się w pusty kąt sali. Nie wiem, czy w czasie tego przyjęcia zamienił z kimś jedno zdanie.
Zapytałem jednego z korespondentów akredytowanych w Algierze. „Czy któryś z was rozmawiał z Bumedienem?” Odpowiedział mi. „Nikt. On z nikim nie rozmawia. On w ogóle nie mówi”. Istotnie, Bumedien jest szczelnie zamkniętym milczkiem. Jest to natura hermetyczna. Jeżeli Bumedien musi powiedzieć słowo, to robi to z takim wysiłkiem, jakby ciosał kamień. Woli odpowiadać monosylabami albo skinieniem głowy. Rzadko przemawia. W zeszłym roku przemawiał raz. Swoje przemówienia odczytuje z kartki. Są zawsze krótkie, składają się z suchych tez. Mówią, że Bumedien odnosi się nieufnie do cywilów, że nie znosi dyplomatycznej gadaniny i rozmów przy okrągłym stole.
Zawsze sprawia wrażenie człowieka skupionego, pogrążanego w jakiejś myśli szczególnie trudnej i ważnej. Dlatego rzadko uśmiecha się. Nie ma w sobie żadnych manier przywódcy: nie głaszcze dzieci po główkach, nie unosi rąk w górę, nie pcha się do przodu. Nie dba o żadną reklamę, o żaden rozgłos. To nie jest poza, to już takie usposobienie. Ubiera się niedbale, marszczą mu się za długie spodnie, marynarka jest zapięta na zły guzik. Nie chodzi w krawacie i w białej koszuli, zawsze nosi jakieś koszulki polo albo drelichy.
Ma jedną namiętność: wojsko. To jest żołnierz, który ma wojsko we krwi. Bumedien pienił się zawsze, kiedy Ben Bella rozrzucał pieniądze na konferencje i wizyty, bo chciał, żeby te pieniądze szły na armię. Świat Bumediena to świat koszar, sztabów i poligonów Ambicją Bumediena jest armia polityczna w sensie armia-państwo. Ocalenie ojczyzny — poprzez armię, rozwój — poprzez armię. Cywile nic dobrego nie zrobią, to demagogia i korupcja, cywile zawsze doprowadzą kraj do kryzysu. Trzeba mieć trochę cywilów w rządzie, bo takie są zwyczaje na świecie, ale kraj może trzymać na nogach tylko armia, zwłaszcza kraj, w którym jest bałagan, w którym frakcje zjadają się nawzajem, nie myśląc o dobru ogólnym.
Bumedien spotkał Ben Bellę po raz pierwszy w Kairze, w 1954 roku. Bumedien był wówczas niczym, miał dwadzieścia osiem lat, uczył w szkole arabskiego. Ben Bella wciągnął Bumediena do walki wyzwoleńczej. Potem Bumedien wyniósł Ben Bellę do władzy. W zamian za to Ben Bella bronił Bumediena przed kierownictwem partii, które chciało, żeby armia była tylko armią i żeby się nie pchała do polityki. Przez długie lata świadczyli sobie wzajemne usługi. Wszędzie pokazywali się razem: na froncie Ben Bella, urodzony przywódca, światowiec, a z tyłu, jak cień, milczący, nieruchomy Bumedien.
Ben Bella i Bumedien to były dwa charaktery krańcowo przeciwne, dwa typy różnego pokroju, dwie zupełnie różne mentalności. Ale każdy z nich był na pewno indywidualnością. Bumediena musiał Ben Bella razić, natomiast Ben Bella musiał się Bumediena bać.
Bumedien ma stalowy charakter. To człowiek bez wahań. Politycznie jest to rewolucyjny, arabski nacjonalista, orędownik sprawy algierskich fellachów i drobnego żywiołu miejskiego. Dla tych warstw przede wszystkim będzie Bumedien starał się coś zrobić. Jest to ten element społeczny, którego tęsknoty i dążenia pułkownik najlepiej wyczuwa. Ten element stanowi 90 procent społeczeństwa Algierii.

14


Najbardziej powszechną reakcją, jaką wywołał przewrót w opinii algierskiej, był niesmak. Działał tu czynnik ambicjonalny. Algierczycy uważają się za arabską arystokrację, za Arabów kulturalnych i sądzą, że taka rzecz, jak przewrót, jest dobra w Iraku czy w Libii, ale nie u nich.
Przewrót kompromitował Algierię w oczach świata, zwłaszcza że wypadł na tydzień przed drugim Bandungiem.
Tu przewrót, a tu za kilka dni konferencja. Bałagan powstał nieprawdopodobny. Nic nie można się było dowiedzieć. Rada Rewolucyjna działała z podziemia jak mafia. Nikt nie wiedział, gdzie rada się mieści, kto w radzie jest. Nie było żadnej władzy oficjalnej. Różni ludzie podawali się za rzeczników nowego porządku. Nikt ich nie znał. Licho wie, może to rzecznik, może samozwaniec? Plotki krążyły po mieście chmarami. Ben Bella żyje — Ben Bella nie żyje — będzie konferencja — nie będzie konferencji — będzie demonstracja — będzie powstanie — będzie Naser — będzie Czou Elaj — wszyscy będą — nikogo nie będzie — aresztują komunistów — aresztują Egipcjan — wszystkich aresztują — teraz się zacznie — od dziś się zacznie — od jutra się zacznie — za tydzień się zacznie.
W dodatku przyszły straszliwe upały. Ludzie mdleli z gorąca na ulicach. Jeden z żarliwych sympatyków Ben Belli powiedział mi. „Lud nie robi powstania, bo za gorąco”. Rzeczywiście w dzień była cisza, wieczorem zaczynały się demonstracje. Przez pięć wieczorów trwały demonstracje. Demonstrowała młodzież, chłopcy z ulicy. Robili to z zapałem, z przejęciem, ale nie mieli organizacji. Największa demonstracja w Algierze objęła może dwa, trzy tysiące ludzi. Przeciw nim wychodziło wojsko. To wojsko ma jak pacierz opanowaną taktykę walki z tłumem. I jest do tej walki wyposażone nowocześnie. W sześć dni po zamachu demonstracje ustały, wojsko wróciło do koszar.
Poza młodzieżą w społeczeństwie panowało milczenie. Partia milczała, związki zawodowe milczały, inne organizacje milczały. Mówiono, że dyskutują, co robić, że są wahania. Przewrót ujawnił zupełne rozproszenie tego społeczeństwa, brak spoistości, brak więzi, całkowity brak sił zorganizowanych.
Siła leżała po stronie armii. I armia miała władzę.
Wśród ludzi lewicy zapanował pesymizm. Oczekiwali presji, nie spali po domach. Ale represje nie nastąpiły. Bumedien nie zamknął ani jednego komunisty, ani jednego lewicowca. Te obawy brały się z faktu, że w Algierii nikt nie zna armii i ludzie tej armii się boją. Jest to społeczeństwo zdezintegrowane, które boi się każdej siły zintegrowanej. Armia jest jedyną zintegrowaną siłą w Algierii. Bumedien nie zajmuje się przekonywaniem ludzi. Bumedien działa — jest to człowiek, który cały zamyka się w działaniu praktycznym. W Afryce ludzie lubią mieć przywódcę, który mówi, tłumaczy, zwierza się. Naser zwierzał się przed tłumem na wiecu, że jego córka nie dostała się na uniwersytet, bo nie zdała egzaminu. Mówił o tym z żalem, jako ojciec dziecka, któremu się nie powiodło, mówił to do tysięcy ojców, którzy mają podobne problemy.
Naród szanuje takiego przywódcę i będzie mu wierzył.
Przewrót ukazał Algierię taką, jaka ona jest. Jako typowy kraj Trzeciego Świata. Na dole – chłopska masa w wiecznym kieracie biedy, w ciągłym strachu, że przyjdzie susza, w ciągłej modlitwie do Allacha o miskę strawy, której jałowa ziemia nie jest w stanie dać. Na górze, gdzieś tam w salonach, ktoś kogoś zamyka, ktoś kogoś obala. Dwa światy – i żadnej widocznej więzi między nimi.
Po przewrocie władzę w Algierii objęła Rada Rewolucyjna. Większość rady stanowi elita armii algierskiej. Jest to duża armia, łącznie z oddziałami policji licząca 100 tysięcy ludzi. Jest dobrze uzbrojona.
W sytuacji, jaka istnieje w Afryce, rząd Bumediena jest dziś rządem nacjonalistycznym, lewicowym.
W Afryce w ogóle nie można stosować kryterium socjalizmu, bo takiego socjalizmu w Afryce nie ma. W Afryce siły lewicy występują jeszcze w stanie nie oczyszczonym, jako element złożonego obrazu nieukształtowanej dotąd w sposób ostateczny społecznej i politycznej rzeczywistości. Rysunek tej rzeczywistości nigdy nie jest czysty.
Być może był sposób na uniknięcie przewrotu, poza wszystkim ten przewrót był krokiem taktycznie topornym. Ale trzeba mieć na uwadze jeszcze jedną rzecz: że to wszystko dzieje się w środowisku ludzi młodych, jeśli wziąć standardy europejskiej polityki — w środowisku młodzieży. Średni wiek członków Rady Rewolucyjnej waha się w granicach trzydzieści dwa — trzydzieści cztery lata. W tym środowisku Bumedien, który ma lat trzydzieści dziewięć — jest najstarszy. W Algierii polityka jest domeną dwudziesto — trzydziestolatków. Cała polityka. W dodatku są to Arabowie, ludzie niesłychanie dumni, wrażliwi na punkcie honoru, ludzie gorącej krwi, którzy o byle co skaczą sobie do gardła. „Ben Bella nas obraził” — to jest wystarczający powód, żeby Ben Bellę zamknąć. Przecież dużo tych wykrętasów i wyskoków w polityce afrykańskiej ma za tło fakt, że polityka jest robiona przez ludzi jeszcze niedoświadczonych, którzy nie umieją jeszcze przewidywać nieodwracalnych skutków swoich decyzji, którzy nie nasiąkli jeszcze powagą i przezornością starych wyjadaczy politycznych.
To wszystko jest bardzo skomplikowane i zupełnie niepoddające się utartym schematom weryfikacji politycznych. O ileż łatwiej jest z polityką europejską, gdzie wiadomo, że Szwajcaria zachowa neutralność, że RFN nie uzna NRD i że w Anglii, jeżeli nie będą rządzić labourzyści, to będą rządzić konserwatyści. W Afryce nie jest wiadome nic na pewno. Kraje najbardziej reakcyjne (jak Kongo Brazza) stają się w ciągu miesiąca najbardziej rewolucyjne, a kraje bardzo rewolucyjne (jak Kenia) staczają się w ciągu dwóch miesięcy na dno reakcji. Polityk, który przez lata był symbolem najbardziej prozachodniego stanowiska (Nyerere), staje się w ciągu dwóch tygodni największym w Afryce entuzjastą rewolucji, a polityk, który przez lata był symbolem walki antykolonialnej (Kenyata), staje się w ciągu kilku miesięcy najbardziej zajadłym reakcjonistą. Na scenie politycznej Algierii została armia. O stosunkach panujących w armii mało wiedzą w Algierii. Armia ma w sobie coś z mafii, coś z sekty religijnej. Oficerowie witają się tam nie przez salutowanie, ale podają sobie ręce i całują się w oba policzki.
Do Rady Rewolucyjnej wchodzą ludzie różnych politycznie orientacji. Reakcjoniści i postępowcy, których czasowo połączyła wspólna obawa przed Ben Bellą. W tej grupie będzie toczyć się walka, będą dokonywać się podziały i przeszeregowania.
Wszystko jeszcze może być: nowy spisek, nowy przewrót, bunt w armii, powstanie w Kabylii. „Rewolucja algierska jest rewolucją niespodzianek” - powiedział Heikalowi Bumedien.

1965

Wersja PDF