I. Ilf i E. Pietrow
Sowieccy turyści w USA
Linki:W Ameryce każdy może wyrażać jakiekolwiek poglądy, jakiekolwiek przekonania. Jest wolnym obywatelem. Niech jednak spróbuje nie chodzić do kościoła i niech spróbuje wychwalać komunizm, a coś się stanie, przez co przestanie pracować w wielkim miasteczku. Sam nie zrozumie, jak to się stało. Ludzie, którzy się go pozbędą, sami nie wierzą w Boga, ale chodzą do kościoła. Nieprzyzwoite jest nie chodzić do kościoła. A jeśli chodzi o komunizm – to jest coś dla brudnych Meksykan, Słowian i Czarnych. To nie jest zajęcie dla amerykanów.
WIELKI KANION
Wyobraź sobie to: Bierzesz potężny łańcuch górski, ucinasz go u podstawy, obracasz do góry nogami i wpychasz go w płaską ziemię pokrytą lasami. Potem go wyjmujesz. To, co ci zostaje, to odlew łańcucha górskiego. Jego góry są do góry nogami. To jest właśnie wielki kanion. Góry, które trzeba oglądać od spodu.
Spektakl wielkiego kanionu nie ma w sobie równych nigdzie na Ziemi. Nie przypomina nawet nic innego na Ziemi. Krajobraz ten zburzył, jeśli można tak powiedzieć, wszystkie europejskie koncepcje dotyczące kuli ziemskiej. Wyglądał jak jakaś wizja z wyobraźni chłopca, który czytał fantastyczne powieści o księżycu lub Marsie. Staliśmy przez długi czas na krawędzi tej wspaniałej otchłani. My, czterej plotkarze, nie odezwaliśmy się ani słowem.
Jak wszystkie amerykańskie parki narodowe, wielki kanion jest bezbłędnie zorganizowany. Hotele, drogi, dystrybucja drukowanych lub fotograficznych publikacji, map, przewodników, oraz werbalne wyjaśnienia – wszystko to jest tutaj o doskonałym standardzie. Tutaj amerykanie przyjeżdżają odpocząć, a odpoczynek nie jest drogi. Chatka w tym obozie kosztuje nie więcej niż jakakolwiek inna, a jedzenie kosztuje tyle, ile gdziekolwiek indziej. Wizyta w parku kosztuje tylko dolara, po czym można w nim mieszkać i włóczyć się po nim do woli przez miesiąc albo nawet rok. Oczywiście powinniśmy byli zejść na dno kanionu i mieszkać tam w chacie z bali z ogrzewaniem parowym, w środku chaosu natury i idealnej obsługi, ale nie mieliśmy na to czasu. Zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy – przejechaliśmy wokół kanionu samochodem.
Wyjeżdżaliśmy z wielkiego kanionu nową drogą, nieznaną jeszcze turystom. Wysokie, gęste lasy narodowego parku stawały się coraz cieńsze, aż w końcu całkowicie zniknęły. Zostały zastąpione przez żółte klify, które zakończyły się zejściem do następnej pustyni.
Nagle zrobiło się ciemno i zimno. Kończyło nam się paliwo. Byliśmy głodni. Ale ledwo co pan Adams zdążył wyrazić myśl, że już po ptakach i będziemy musieli spać na pustyni, zza mostu rozbłysło światło i podjechaliśmy do domu. Obok małego domu zobaczyliśmy z odetchnieniem stację benzynową. Nie było tam nic, oprócz tych dwóch struktur, które stały bezpośrednio na pustyni i nie były nawet ogrodzone. Dom reprezentował to, co po rosyjsku i po hiszpańsku nazywa się „ranczo”, a po angielsku „ranch”. Tutaj, na pustyni, gdzie w promieniu dwustu mil nie ma ani jednej osady, znaleźliśmy: wyśmienite łóżka, elektryczne oświetlenie, ogrzewanie parowe, zimną i gorącą wodę – wszystkie udogodnienia jakiegokolwiek domu w Nowym Jorku, Chicago, czy Gallup.
Spektakl amerykańskiego poziomu życia był nie mniej imponujący niż pustynia. Jeśli zapytanoby nas, by podać jedną cechę wyróżniającą Amerykę, odpowiedzielibyśmy: ten mały domek na pustyni. Ten mały domek zawiera w sobie całość amerykańskiego życia: całkowity komfort na pustyni, zaraz obok biednych wigwamów Indian – tak samo jak w Chicago, gdzie zaraz obok Michigan Avenue jest sterta śmieci ze slumsu. Nie ważne, gdzie pojedziesz jako podróżnik – na północ, południe, zachód, do Nowego Jorku, Nowego Orleanu, czy New Jersey – wszędzie zobaczysz biedę i bogactwo, jak nierozłączne siostry, stojące ramię w ramię na wszystkich drogach i mostach tego wielkiego kraju.
REZERWAT NAVAJO
Przyzwyczailiśmy się do pustyń – pokochaliśmy je, więc powitaliśmy tę następną pustynię, która otwierała się przed nami z niemałej wysokości, jak starego przyjaciela. Tutaj zaczyna się rezerwat koczowniczego plemienia Indian – Navajo. To jedno z największych plemion. Składa się z sześćdziesięciu tysięcy ludzi. Pięć lat temu ten region był całkowicie niedostępny i dopiero niedawno, gdy pojawiła się nowa droga, turyści zaczęli go stopniowo penetrować.
Navajo nienawidzą swoich „braci o białych twarzach”, którzy eksterminowali ich przez dwa stulecia, wypędzając ich w coraz gorsze miejsca, a ostatecznie do bezpłodnej pustyni. Ta nienawiść jest nie do pomylenia w każdym spojrzeniu Indianina. Położy swoje nowo narodzone dziecko na małej desce na brudnej, ziemistej podłodze wigwamu, ale nie przyjmie od białego człowieka ani jednego aspektu jego kultury. Indianie prawie nigdy nie mieszają się z białymi.
Rząd, który uprzednio zajmował się wyniszczaniem Indian, teraz stara się zachować niewielką liczbę ich potomków. Głową departamentu Indian w Waszyngtonie jest liberalny dżentelmen. Zostały zbudowane tak zwane rezerwaty Indian, gdzie biali mogą handlować z Indianami pod kontrolą państwa. Po wypędzeniu Indian z żyznej ziemi zostawili im tylko kilka żałosnych połaci pustyni – to jest uznawane za wielki akt dobroczynności. Otworzyli muzea Indiańskiej sztuki. Kupują od Indian, za grosze ich rysunki, dywany, malowane, gliniane miski i srebrne bransoletki. Wybudowali kilka dobrze wyposażonych szkół dla Indiańskich dzieci. Amerykanie są raczej dumni ze swoich Indian: w podobny sposób, w jaki dyrektor zoo jest dumny ze starego, rzadkiego lwa. Dumna bestia jest bardzo stara i nie jest już niebezpieczna: jej pazury są tępe, jej zęby powypadały, ale jej skóra jest nadal wspaniała.
KALIFORNIA
„Kalifornia” – wykrzyczał nagle pan Adams – „to niezwykły stan. W zasadzie nigdy tutaj nie pada. Tak, tak, właśnie jest to zasadą. Po prostu obrazisz Kalifornijczyka, jeśli powiesz mu, że deszcz jest tutaj możliwy. Jeśli w dniu twojego przyjazdu będzie padać, Kalifornijczyk będzie bardzo zdenerwowany, wzruszy ramionami i powie: ‘To jest coś niezrozumiałego. Mieszkałem tu przez dwadzieścia lat. Jedna z moich żon umarła tutaj, a druga zachorowała. Moje dzieci tu dorastały i skończyły liceum. To jest pierwszy raz, kiedy widzę deszcz.’”
Dalej, nad stacją naprawy samochodów wisiał tak wymyślny plakat, że pan Adams, który jako pierwszy go zauważył, głośną klasnął w dłonie i krzyknął: „Becky! Zatrzymaj się tutaj!”
„Tak, panowie!” – powiedział nam. – „Musicie głęboko pomyśleć o tym plakacie, jeśli chcecie zrozumieć amerykańską duszę”. Na plakacie było napisane: „Serwis samochodowy. Tutaj zawsze zostaniesz powitany przyjaznym śmiechem”.
To prawda. Amerykański śmiech, zazwyczaj dobry, głośny i dziarski śmiech, okazjonalnie potrafi irytować.
Amerykanin śmieje się i nigdy nie przestaje pokazywać swych zębów, nie dlatego że stało się coś humorystycznego, lecz dlatego, że śmiech to ich styl.
Ameryka to kraj, który kocha dobitność we wszystkich swoich sprawach i ideach.
Lepiej jest być bogatym niż biednym. Zamiast tracić czas na myślenie o przyczynach biedy i eliminowaniu ich, Amerykanin próbuje na każdy możliwy sposób uzyskać milion dolarów.
Miliard jest lepszy niż milion. Zamiast przejść na emeryturę od swojego biznesu i cieszyć się milionem ze swoich najmilszych marzeń, siedzi dalej w biurze i poci się w celu uzyskania miliarda.
Sport jest lepszy dla zdrowia niż czytanie książek, więc Amerykanin przeznacza czas wolny na sport.
Konieczne jest czasami zabawić się, by odpocząć od pracy. Idzie więc do kina lub na burleskę, gdzie nie jest zmuszony myśleć o najmniejszych nawet problemach życiowych, ponieważ to uniemożliwiałoby mu całkowity odpoczynek.
Lepiej jest śmiać się niż płakać. Więc Amerykanin się śmieje. Nie ulega wątpliwościom, że kiedyś zmuszał się do śmiechu, tak samo, jak zmuszał się do spania z otwartym oknem, gimnastyki, oraz mycia zębów. Później te czynności stały się codziennymi nawykami. A teraz śmiech grzechocze mu w gardle, niezależnie od jego okoliczności, czy życzeń. Jeśli zobaczysz śmiejącego się Amerykanina, to nie znaczy, że coś wydaje mu się komiczne. Śmieje się, tylko i wyłącznie dlatego, że Amerykanin musi się śmiać. Niech Meksykanie, Słowianie, Żydzi i Czarni jęczą i smucą się.
Wyjechaliśmy na wyśmienitą, czteropasmową drogę – autostradę pomiędzy Los Angeles i San Francisco i znów znaleźliśmy się w wirze samochodów, od którego odzwyczailiśmy się na pustyni. Autostrada, podzielona białymi liniami, była czarna, o kolorze smoły, lśniąca tłusto od ciągłego kapania oleju. Samochody pędzące w przeciwnym kierunku zbliżały się do nas, a ich przednie szyby lśniły. Z daleka wyglądały na bardzo wysokie, gdyż obraz ich kół odbijał się na drodze. Buicki, Fordy, Chryslery, Packardy ścigały się przed nami. Niezliczone maszyny ryczały i parskały niczym kocury. Na amerykańskich autostradach panuje ciągły ruch.
Kalifornia jest sławna ze swych wypadków samochodowych. Coraz częściej widywaliśmy obok drogi billboardy błagające kierowców o ostrożną jazdę. Były pięknie wykonane, lakoniczne i przerażające. Wielki policjant trzymający zwłoki małej dziewczynki w lewej ręce pokazywał prawą ręką wprost na nas. Pod nim było napisane: „Zatrzymaj te morderstwa!”. Inny billboard przedstawiał zrozpaczonego mężczyznę, trzymającego zwłoki dziecka, z podpisem: „Cóż ja uczyniłem!”
SAN FRANCISCO
Jechaliśmy ulicami San Francisco. To jest najpiękniejsze miasto w Ameryce, jak się okazuje dlatego, że w żaden sposób nie przypomina Amerykańskiego miasta. Większość jego ulic wznosi się od wzgórza, do wzgórza. Samochodowa podróż przez San Francisco wygląda jak pokaz o nazwie „Amerykańskie góry” i dostarcza pasażerowi mocnych wrażeń. Niemniej jednak, centrum miasta wygląda jak najbardziej płaski na świecie Leningrad, wraz z jego placami i szerokimi alejami. Inne części San Francisco tworzą niezwykłą przybrzeżną mieszankę Neapolu i Szanghaju. Jest wiele Chińczyków w San Francisco.
Dla naszego, zagranicznego oka, San Francisco wyglądało bardziej jak Europejskie niż Amerykańskie miasto. Tutaj, tak samo jak wszędzie indziej w Ameryce, znaleźliśmy bezgraniczne bogactwo i bezgraniczną nędzę tuż obok siebie, ramię w ramię, tak, że nienaganny smoking bogacza dotykał brudnej bluzki bezrobotnego dokera. Ale bogactwo nie wydawało się tutaj tak monotonne i nudne, a bieda była przynajmniej malownicza.
HOLLYWOOD
To okropne powiedzieć to na głos, ale Hollywood, którego sława obiegła świat setki razy, Hollywood, o którym przez ostatnie dwadzieścia lat napisano więcej książek niż o Szekspirze, wspaniałe Hollywood, na którego firmamencie gwiazdy wschodzą i spadają milion razy szybciej, niż powiedzieli nam o tym astronomowie, Hollywood, o którym marzą setki tysięcy dziewczyn na każdej części globu – to Hollywood jest nudne, piekielnie nudne. Jeżeli ziewanie trwa kilka sekund w jakimkolwiek amerykańskim miasteczku, to tutaj rozciąga się przez pełną minutę. Bywa, że człowiek zwyczajnie nie jest w stanie zebrać wystarczająco sił, by zamknąć swoje usta. Siedzisz tam, z oczami przymrużonymi nudą, z szeroko otwartymi ustami, jak uwięziony lew.
Hollywood jest poprawnie zaplanowanym, wspaniale wybrukowanym i świetnie oświetlonym miastem, w którym mieszka trzysta tysięcy ludzi. Te trzysta tysięcy ludzi albo pracuje w branży filmowej, albo służą tym, którzy dla niej pracują. Całe miasto okupowane jest przez jeden biznes – robi filmy albo jak to się mówi w Hollywood – „strzela” filmy. Hałas przyrządów fotograficznych przypomina hałas karabinu maszynowego i stąd się bierze określenie „strzelać”. Całe to honorowe towarzystwo „strzela” w jednym roku prawie osiemset filmów – jak wszystkie inne liczby w Ameryce, jest to majestatyczna liczba.
My, mecenasi teatru moskiewskiego, jesteśmy w pewien sposób rozwydrzeni Amerykańską kinematografią. Ta, która trafia do Moskwy i jest pokazywana niewielkiej ilości speców od kinematografii na wieczornych pokazach, jest prawie zawsze najlepszą, jaką tworzy Hollywood.
Moskwa widziała filmy Lewisa Milestone, Kinga Vidora, Reubena Mamouliana i Johna Forda: Moskwa widziała najlepsze filmy najlepszych reżyserów. Moskiewska publiczność kinowa podziwiała trzy małe świnki, pingwiny i Disneyowską mysz, oraz byli zachwyceni arcydziełami Chaplina. Ci reżyserowie, z wyjątkiem Chaplina, który wydaje jeden film na kilka lat, tworzą pięć, osiem, dziesięć filmów rocznie. Ale jak już wiemy, Amerykanie „strzelają” osiemset filmów rocznie. Oczywiście podejrzewaliśmy, że pozostałe siedemset dziewięćdziesiąt filmów, to nic, o czym warto pisać. Ale widzieliśmy tylko dobre filmy, a o złych tylko słyszeliśmy. Tym bardziej depresyjne było wrażenie, które pozostawiła na nas amerykańska kinematografia, kiedy zaznajomiliśmy się z nią w jej własnej, rdzennej krainie.
W Nowym Jorku chodziliśmy do kina prawie każdego wieczora. Zazwyczaj dwa filmy puszczane są podczas jednego pokazu, z dodatkiem krótkiej komedii, kreskówki, kilku kronik filmowych – wszystkie stworzone przez inne wytwórnie filmowe. Zobaczyliśmy więc więcej niż sto filmów.
Wszystkie te filmy są poniżej ludzkiej godności. Wydawało nam się, że oglądanie tych filmów jest dla człowieka czymś poniżającym. Są zaprojektowane dla ptasich mózgów, dla powoli myślącego ludzkiego bydła o skrupulatności wielbłąda. Wielbłąd przetrwa bez wody przez tydzień, a pewien rodzaj widzów amerykańskich filmów może patrzeć na te bezsensowne filmy przez dwadzieścia lat bez przerwy. Każdego wieczora wchodziliśmy do kina ze skrawkiem nadziei i wychodziliśmy z uczuciem zjedzenia wraz z jego wszystkimi detalami słynnego lunchu numer 2, od którego byliśmy chorzy i zmęczeni. A jednak, widzowie, najzwyczajniejsi amerykański mechanicy, sprzedawczynie, sklepikarze, lubili te filmy. Na początku zastanawiało nas to, potem martwiło, a potem zaczęliśmy rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Są cztery standardowe typy filmów: komediowy musical, dramat historyczny, film o bandyckim życiu, oraz film ze sławnym/sławną śpiewakiem/śpiewaczką operową. Każdy z tych standardowych typów ma tylko jedną fabułę, która jest urozmaicana w nieskończoność i męcząca. Amerykańscy widzowie oglądają jedną i tę samą rzecz rok w rok. Zostali do tego tak przyzwyczajeni, że gdyby zaprezentowano im film, który ma nową fabułę, bez wątpienia wybuchliby płaczem, jak dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę – pomimo że zabawka była stara i zepsuta.
Wyszliśmy ze studio i pół godziny później jechaliśmy powoli wraz z powodzią samochodów, która przebijała się do Santa Monica, aby powdychać bryzę oceanu. Wielka filmowa stolica pachniała benzyną i smażoną szynką. Młode dziewczyny we flanelowych spodniach roiły się na chodnikach. Wszystkie dziewczyny świata gromadzą się w Hollywood. Tutaj potrzebny jest najświeższy towar. Tłumy tych, które nie zostały jeszcze wschodzącymi gwiazdami, piękne dziewczyny z nieprzyjaznymi, złośliwymi oczyma wypełniają miasto. Chcą sławy i są gotowe zrobić dla niej wszystko. Prawdopodobnie nie ma innego miejsca na ziemi, gdzie można by znaleźć taką ilość zdeterminowanych i nieatrakcyjnych piękności.
Kinowe gwiazdy obu płci mieszkają przy ulicach, które prowadzą do oceanu. Tutaj widzieliśmy mężczyznę, którego zawód jest najprawdopodobniej nie do podrobienia. Sam jedyny reprezentuje ten niezwykły sposób zarabiania pieniędzy. Siedział pod wielką, pasiastą parasolką. Obok niego był następujący billboard:
DOMY GWIAZD KINA. OD 9 RANO DO 5:30 WIECZOREM.
Nie pokazywał ci wewnętrznego wyposażenia tych domów – tylko spojrzenie z zewnątrz, z ulicy. Tutaj mieszka Harold Lloyd – a tutaj Greta Garbo.
Pomimo że dzień roboczy był w pełni, nikt nie zagadał do przewodnika, a jego twarz wyrażała niepohamowaną odrazę dla jego głupiej profesji i dla amerykańskich filmów.
Dalej widzieliśmy młodego mężczyznę siedzącego na środku chodnika. Na jego szyi wisiał plakat, na którym napisane było:
JESTEM GŁODNY. DAJCIE MI PRACĘ.
DO TEGO CZŁOWIEKA RÓWNIEŻ NIKT NIE PODSZEDŁ.
Bezmiar oceanu, stały wiatr, który wiał w stronę brzegu, spokojny szum fal przypominały nam, że na tym świecie wciąż istnieje prawdziwe życie, z prawdziwymi emocjami, które niekoniecznie mieszczą się w określonej ilości materiału wypełnionego stepowaniem, pocałunkami i strzałami.
Dodatkowe informacje
Ilia Ilf i Jewgienij Pietrow to Radzieccy pisarze, którzy często pracowali razem. Pisali książki, scenariusze teatralne, felietony i krótkie opowieści. Ich twórczość odznaczała się humorem, satyrą i ironią, często inspirowaną absurdami życia codziennego w sowieckiej Rosji.
W latach trzydziestych Ilf i Pietrow wybrali się w podróż po USA, a swoje podróże opisali w książce pod tytułem: „Odnoetazhnaya Amerika”, wydanej po polsku jako „Jednopiętrowa Ameryka”.
Pierwszy raz spotkałem się z tą k