Wacław Trzaskowski
Zdarzenie w Carskim siole
Wydarzenie, o którym pragnę mówić, miało miejsce w Carskim Siole w połowie kwietnia 1917 roku. Po rewolucji lutowej nasze koszary wojskowe znajdowały się w sąsiedztwie Aleksandrowskiego Parku. Często widywaliśmy tam byłego cara i jego rodzinę. Po obaleniu samowładztwa Mikołaj II, jego żona, córki i syn przebywali w areszcie domowym w pałacu w Carskim Siole, gdzie zezwalano im na spacery w parku.
Pewnego razu szedłem z koszar obok tego parku. Wiatr szumiał wśród nagich drzew. Kałuże na nie obeschłej ziemi zdawały się być niebieskie, błyszczące – odbijało się w nich niebo i słońce. Na skrajach alei leżał jeszcze brudny śnieg.
Nagle ujrzałem, jak alejką kroczy czterech gwardzistów–marynarzy, dźwigając na ramionach lektykę z baldachimem. Lektyka przypominała te, w których w starożytnym Rzymie noszono patrycjuszki.
Ciekawe! Zatrzymałem się przy ozdobnym, kutym w żelazie ogrodzeniu i zacząłem obserwować. Zatrzymało się jeszcze dwóch czy trzech przechodniów. Wyjaśnili mi, co zresztą wcześniej słyszałem od towarzyszy, że w tej lektyce zazwyczaj udaje się na spacer caryca Aleksandra Fiodorowna, znienawidzona przez lud Alisa.
Zrobiło mi się przykro z powodu marynarzy. Nawet w starożytnym Rzymie lektykę nosili niewolnicy, bowiem sławni wojownicy rzymscy uznaliby to zajęcie za poniżające dla siebie. Dlaczegóż u nas marynarze–gwardziści podejmują się tak uwłaczających funkcji?
A lektyka zbliżała się coraz bardziej do ogrodzenia. Byłem chłopakiem porywczym i kiedy dzieliło nas trzydzieści – czterdzieści kroków, nie wytrzymałem i krzyknąłem z całej siły:
– Hej, chłopaki, nie wygłupiajcie się! Rzucajcie lektykę w diably! Rzucajcie! Nie róbcie ceregieli!
Pochód zatrzymał się. Lektykę postawiono na ziemi, po czym wyszła z niej eks–caryca. Długa, niemiecka twarz, niegdyś piękna, była cała pokryta plamami. Pogardliwe, wąskie wargi…
Widocznie Alisa dobrze usłyszała moje słowa. Powoli skierowała się aleją wprost ku mnie. Zatrzymała się przed ogrodzeniem i zaczęła wpatrywać się we mnie zielonymi oczyma. Wzrok miała miażdżący.
W dzieciństwie wraz z innymi chłopcami często polowałem pod Odessa, nad pustynnym brzegiem morza, na węże, jaszczurki i żmije. Oczy carycy przypominały mi oczy żmij, które wpełzały na drzewa i hipnotyzowały ptaszki. Te zaś, piszcząc ze strachu, wpadały w paszczę żmii. Wydawało się, że mając władzę eks–caryca samym wzrokiem unicestwiłaby nie tylko mnie, lecz i wszystkich moich bliskich oraz dalszych krewnych i przyjaciół. Ale napotkawszy mój nienawistny wzrok, odwróciła się, bezsilnie opuszczając ramiona. Ja zaś nie przestawałem patrzeć na nią. Alisa ponownie spojrzała na mnie, lecz ja nie spuściłem oczu. Przemknęła mi przez myśl przeczytana kiedyś, czy to w „Newie”, czy w „Rodinie”, ludowa legenda o niemieckim księciu heskim, którego nazywano „Złote Oczy”. Wzrok księcia mógł, według legendy, zmienić człowieka w kamień. Pewnego razu jakiś pastuszek przeszedł drogę księciu. Von Hessen spojrzał nań gniewnie złocisto–zielonymi oczami i pastuszek skamieniał... Jego babcia–staruszka padła na zimny kamień i rozpaczliwie krzyknęła:
– Och, bezlitosny książę, bądź przeklęty ty i twoi potomkowie. Swym przeklętym wzrokiem uśmiercasz nieustannie naszych synów i wnuków... Skamieniali ludzie stoją przy drogach, a serca ich babek i matek, córek i żon ociekają krwią z rozpaczy. Ale i ciebie nie ominie kara! Dopóki heski ród istnieć będzie na świecie – dopóty twoi wnukowie i prawnukowie broczyć będą krwią... Rany ich nie będą się goić i nie zabliźnią się, jak nie ustają te cierpienia, których jesteś przyczyną!
Wiedziałem, że ta ludowa fantazja starała się jakoś wyjaśnić straszne dziedzictwo książąt heskich. Księżniczki z tego starego rodu przekazywały synom hemofilie z trudem zatrzymywaną krwotoczność. Najmniejsze skaleczenie wywoływało ogromną utratę krwi. Cierpiał na hemofilię także carski syn, następca tronu rosyjskiego – Aleksiej…
Nasze spojrzenia skrzyżowały się jak szable. „Nie żmijo, nie zwyciężysz mnie! – mówiłem sobie w myślach. – Choćby twoi przodkowie zabijali ludzi wzrokiem, ale oczy proletariusza są silniejsze od twego jadowitego wzroku”.
Nagle caryca jakby skurczyła się, odwróciła się i powlokła zgarbiona do pałacu. Za nią powoli szli marynarze, porozumiewając się między sobą wzrokiem i ciągnąc pustą lektykę.
Tego samego dnia jak zwykle udałem się do Piotrogrodu, na Kamiennostrowskij, do byłego Pałacu Krzesińskiej – siedziby Komitetu Centralnego naszej partii. Miałem tam spotkać się z towarzyszem [Nikołajem] Podwojskim. Kiedy znalazłem się w jego gabinecie, mimo woli zacząłem opowiadać o moim spotkaniu z carycą. Jeszcze nie skończyłem tej historii, kiedy w pokoju zjawił się Jakow Michajłowicz Swierdłow, a z nim paru innych towarzyszy.
Nikołaj Iljicz Podwojski poprosił, abym opowiedział wszystko od początku. Zapaliłem się i zacząłem odtwarzać wydarzenie tak, jak uczyniłbym to przed chłopcami w koszarach: machałem rękami, pokazywałem palcami, jak skrzyżowały się nasze spojrzenia... Im bardziej śmiali się obecni, tym bardziej się entuzjazmowałem.
W tym momencie przechodził korytarzem towarzysz Lenin. Wesoły śmiech i ożywiona rozmowa zwróciły jego uwagę, cichutko uchyliwszy drzwi, stanął na progu. Dopiero po chwili zauważyliśmy jego obecność. Ktoś zawołał: Włodzimierz Iljicz! Wszyscy wstali. Towarzysz Lenin uśmiechnął się życzliwie: – Dzień dobry towarzysze! – powiedział. Podwojski zwrócił się do Włodzimierza Iljicza, wskazując na mnie. – towarzysz Trzaskowski z Carskiego Sioła. Opowiadał on nam tutaj arcyciekawą historię o spotkaniu z Aleksandrą Heską. I Podwojski zaproponował, abym już po raz trzeci powtórzył historię o moim milczącym pojedynku z byłą carycą. Lecz w obecności towarzysza Lenina byłem zmieszany i onieśmielony.
– Ja, znaczy się, patrzę, ona, znaczy się, patrzy…
Wszyscy znowu wybuchnęli śmiechem. Dźwięczniej niż wszyscy śmiał się Włodzimierz Iljicz.
Po chwili Włodzimierz Iljicz wstał, jak zawsze lekko, szybko, i powiedział:
– Pójdę zaraz i opowiem wszystko Nadieżdzie Konstantynownie. Zabawię ją opowiadaniem, jak prosty proletariusz w żołnierskim szynelu pokonał swymi oczami eks–carycę Aleksandrę Fiodorowną. To bardzo znamienne. Czyż nieprawda, towarzysze?
W listopadzie 1919 roku w Baszkirii wybuchło kontrrewolucyjne powstanie. Objęło ono szereg powiatów w guberniach ufijskiej, samarskiej i kazańskiej.
Było nas pięćdziesięciu pięciu komunistów w oddziale. Brakowało nam uzbrojenia. Nie mieliśmy ani jednego karabinu maszynowego. A przeciwko nam szły uzbrojone po zęby, przewyższające nas liczebnie oddziały, dowodzone przez oficerów–kołczakowców. Lecz mimo wszystko utrzymaliśmy się około miesiąca, nie pozwalając wrogowi zagarnąć niewielkiego miasteczka powiatowego, Bugulmy, i okolicznych wiosek.
Przyszły posiłki z Samary (obecnie Kujbyszew) oddział studentów, z dowódcą batalionu [Wasilijem] Czujkowem na czele. Był to ów słynny dowódca Czujkow, który później z Nikitą Siergiejewiczem Chruszczowem bohatersko bronił Wołgogradu.
Wkrótce Powiatowy Komitet partii w Bugulmie mianował mnie pełnomocnikiem do spraw pociągu ze zbożem dla Moskwy. Stolica bardzo potrzebowała zboża.
W Moskwie postanowiłem zajść do Nadzwyczajnej Komisji, żeby zobaczyć się z niektórymi moimi rodakami, a zwłaszcza z [Feliksem] Dzierżyńskim. Wszedłem na drugie piętro, gdzie pracował Feliks Edmundowicz, i zastałem go w gabinecie. Natychmiast zadzwonił do towarzysza Lenina, komunikując o przybyciu transportu zboża.
Potem zaśmiał się i rzekł Włodzimierzowi Iljiczowi:
– Transport z ziarnem dostarczył towarzysz Trzaskowski, ten sam żołnierz, który w siedemnastym roku, w Pałacu Krzesińskiej, odtwarzał w waszej obecności swoje spotkanie z byłą carową Aleksandrą Fiodorowną…
Zrozumiałem, że Włodzimierz Iljicz nie zapomniał o mnie. Prosił Dzierżyńskiego o przekazanie mi pozdrowienia.
POMYŚLCIE, PAMIĘTAŁ!
Była to dla mnie ogromna radość. Wówczas Dzierżyński i inni czekiści poradzili mi, abym udał się do Włodzimierza Iljicza. Kiedy? Ależ natychmiast, pójść i osobiście zameldować o przybyłym pociągu.
Podczas gdy Dzierżyński wypytywał mnie o powstanie i warunki życia w Baszkirii, przyniesiono mu skromne śniadanie. Trochę tłuczonych ziemniaków z olejem i ćwiartkę razowego chleba. Takim samym śniadaniem poczęstowano także i mnie…
Z Łubianki poszedłem prosto na Kreml. W komendanturze zameldowałem o celu wizyty. Stamtąd zadzwoniono do sekretarza i dosłownie po upływie dziesięciu minut wydano mi przepustkę, mówiąc, że towarzysz Lenin oczekuje mnie.
Nie pamiętam, jak przeszedłem przez korytarz. Z lewej strony znajdował się gabinet Iljicza. Na moje spotkanie wyszła kobieta – sekretarz, która poprowadziła mnie dalej i powiedziała cichutko, że Iljicz mnie oczekuje.
Towarzysz Lenin, jak zwykle, był bardzo życzliwy. Na mój widok poderwał się zza stołu i przywitał się ze mną, podając rękę. Nie zapomniał przy tym powiedzieć:
– A, to wy, dobrodzieju, ten, który zwyciężył eks–carycę. Ot, jaki z was chwat!
Iljicz usadowił mnie, a sam zaczął chodzić po gabinecie, założywszy kciuki za wyłogi kamizelki. Potem włożył lewą rękę do kieszeni spodni i poprosił, abym szczegółowo opowiedział, jak przyprowadziłem transport i jakie miałem po drodze przeszkody.
– O tym, że dostarczyliście transport ze zbożem, ja, mój dobrodzieju, wiem, informował mnie o tym Feliks Edmundowicz – powiedział Iljicz – ale interesują mnie inne szczegóły.
I towarzysz Lenin zaczął wypytywać, jakie nastroje panują w Baszkirii wśród robotników, a zwłaszcza wśród chłopów. Odpowiadałem, jak mogłem, zdając sobie sprawę, że oczywiście towarzysz Lenin był i tak doskonale zorientowany we wszystkim. Słowem, rozmowa była rzeczowa i serdeczna. Lecz zauważyłem, że Włodzimierz Iljicz nie jest już taki, jakim go widziałem i słyszałem trzy lata temu. Wydawał się być zmęczony i zatroskany. Było dla mnie zrozumiałe, że zbyt wiele pracował i za mało odpoczywał.
Na pożegnanie towarzysz Lenin powiedział, że jeśli będę czegokolwiek potrzebował, powinienem zwrócić się do niego osobiście lub listownie. Wychodząc od Włodzimierza Iljicza, nie wiedziałem, że było to moje ostatnie z nim spotkanie...
Dodatkowe informacje
Wacław Trzaskowski, robotnik. Urodzony 22 1 1889 r. i wychowany w Warszawie, syn robotnika. W czasie I wojny światowej znalazł się na terenie Rosji, gdzie pracował jako robotnik. Działalność rewolucyjną rozpoczął w 1915 r., wstępując do organizacji bolszewickiej w Dnieprowskich Zakładach Metalurgicznych w Kamienskoje (gub. jekaterynosławska na Ukrainie). Od 1916 r. służył w wojsku rosyjskim, wkrótce skierowano go na kursy samochodowe w Carskim Siole koło Piotrogrodu. Tutaj w 1917 r. uczestniczył