Pieniądze. Kawałki papieru lub metalowe krążki, a dzisiaj już nawet po prostu liczba, którą widzimy po zalogowaniu się na stronę naszego banku. Raz na jakiś czas, jeśli pracujemy, ta liczba rośnie, a wtedy możemy wymienić ją na pewną określoną ilość rzeczy i usług. Wszyscy kochamy mieć pieniądze i nienawidzimy ich nie mieć. Wiele z nas mogłoby zaryzykować za nie życie, a może nawet życie odebrać. Wszyscy marzymy, by mieć ich więcej. Ah, gdybyśmy tylko znaleźli sposób, na pomnożenie swych oszczędności. Gdybyśmy tylko zainwestowali w bitcoiny, gdy nikt nie chciał wierzyć, że mają one jakąkolwiek przyszłość. Moglibyśmy wtedy w końcu żyć tak, jak chcemy, bez ciągłego przymusu znajdywania źródła pieniędzy.

Pieniądze to neutralne narzędzie. Powstały z konieczności – powstały dla ułatwienia wymiany produktów pomiędzy ludźmi. Mają wartość, ponieważ wszyscy zgadzamy się, że mają wartość. Wszyscy akceptujemy, że pieniądze możemy wymieniać między sobą na odpowiadające im wartością produkty i ta niepisana umowa społeczna nadaje pieniądzom wartość. W rękach człowieka dobrego pieniądze są narzędziem dobra – można ich użyć, by wybudować szpital, nakarmić głodnych – a w rękach złego człowieka stają się złe – można ich użyć, by stworzyć prywatną armię, można przekupić urzędnika lub nakłonić innych do złego.

Czy zgadzacie się z tym, co właśnie powiedziałem? Cóż… w tym eseju postaram się podważyć te założenia.


Skąd wzięły się pieniądze? Dzisiaj są dla nas oczywistym faktem. Nie wyobrażamy sobie życia bez nich, więc zakładamy, że w pewien sposób nie mogło istnieć życie bez nich. To założenie doprowadziło Adama Smitha, ojca kapitalistycznej teorii ekonomii do założenia, że pieniądze powstały jako narzędzie wymiany między ludźmi. Pierwotni ludzie wymieniali ze sobą produkty poprzez barter – wymianę jednego towaru lub usługi na inny towar lub usługę, bez użycia pieniędzy. Gdy użycie barteru rosło i stawało się coraz ważniejszą częścią ekonomii, ludzie zaczęli używać kawałków metalu, dla uproszczenia sobie procesu kupna i sprzedaży.

Ta historia brzmi całkiem wiarygodnie – jest niestety jeden mały problem. Nie mamy żadnych dowodów na to, że tak zwane ekonomie barterowe kiedykolwiek istniały. To nie jest tak, że nie mamy wystarczających na to dowodów – nie mamy żadnych dowodów, wręcz przeciwnie, mamy dowody, że takie ekonomie nie istniały. Oczywiście, że istniał barter – ale nie istniały sposoby produkcji, które na nim się opierały. Nigdy nie stanowił on trzonu ekonomii i nigdy nie był powodem powstania pieniędzy. Ta bajeczka o ekonomii barterowej była próbą zrozumienia tego, jak znaleźliśmy się w obecnej sytuacji. Błąd ten w gruncie rzeczy został powielony nawet przez Karola Marksa w jego krytyce ekonomii politycznej. Historyjka o ekonomii barterowej jest do dziś często nauczana na lekcjach ekonomii, lecz nie ma ona nic wspólnego z rzeczywistością [1].

Jeśli się nad tym dłużej zastanowimy, ekonomia barterowa nie ma wiele sensu. Barter ma tylko sens, jeżeli druga strona ma coś, czego chcemy, ale nie mamy – a my mamy coś, czego ona chce, ale nie ma. Pierwotne społeczeństwa były komunalne. Praca wykonywana była wspólnie, źródła pożywienia były wspólne, umiejętności uczono się wspólnie i nie istniał duży stopień specjalizacji ról. Jak mógłbym wymienić mięso na buty, jeżeli druga osoba sama może pozyskać mięso, a ja sam umiem zrobić buty? Jeżeli mieszkam w społeczności pasterzy, jak mógłbym dokonać barteru, skoro moim głównym bogactwem są owce, ale wszyscy wokół mnie również mają owce? Na co wymieniłbym te owce? Na wełniany kaftan? W pierwotnych społeczeństwach istniała wymiana towarowa, ale często nie między jednostkami a między odrębnymi społecznościami i nie stanowiła trzonu gospodarki, gdyż społeczności były w dużej mierze samowystarczalne.

Nawet w średniowiecznych społecznościach chłopskich, wiele chłopów mogło żyć swoje życia, mając bardzo ograniczony kontakt z pieniędzmi, lub nie używając ich wcale. Tworzyli własne ubrania, własne narzędzia, a podatek płacili nie w pieniądzach, a w zbożu. Młynarzowi płacili, oddając mu część swojego zboża, a nie pieniędzmi. Zarówno pieniądze, jak i w ogóle rynki mogły stanowić niewielką część chłopskiego życia i średniowiecznej ekonomii – zależnie oczywiście od miejsca i okresu.

A więc skoro pieniądze nie powstały spontanicznie wraz z rozwojem barteru, to, w jaki sposób powstały?

Przede wszystkim, częstym i błędnym założeniem jest to, że fizyczne pieniądze są w jakiś sposób prawdziwymi pieniędzmi – a dzisiejsze pieniądze, bez standardu w złocie, ani niczym fizycznym, są w jakiś sposób nieprawdziwe. W rzeczywistości może być odwrotnie – to właśnie odejście od standardu w złocie sprawiło, że pieniądze znów stały się tym, czym pierwotnie były.

Przede wszystkim pieniądze są po prostu proporcją – sposobem mierzenia wartości. Pieniądze są metodą księgowości, która czasem dla ułatwienia przybiera fizyczną formę. Jedne z pierwszych istniejących przykładów pisma, jakie znamy, to zapiski tego ile i czego ktoś komuś jest winien. Wszystkie znane nam pierwotne przykłady pieniędzy to próba jakiejś lokalnej instytucji – bardziej lub mniej demokratycznej – w próbie zarządzania ekonomią, a przede wszystkim pieniądze są miarą długu. Wartość pieniędzy zawsze była więc poparta nie umową społeczną, a autorytetem instytucji, która doglądała długów i dłużników, a gdy długi nie były spłacane, instytucja ta mogła wobec tych drugich wyciągnąć konsekwencje. Wychodzi więc na to, że pieniądze nie są czymś, co naturalnie powstaje z potrzeby wymiany pomiędzy ludźmi i jest kompletnie zdecentralizowanym, neutralnym narzędziem – a raczej, że powstanie pieniędzy obserwujemy przede wszystkim wraz z powstaniem pierwszych państw i społeczeństw klasowych, i to właśnie te państwa sprawują nad pieniędzmi pieczę.

W słowach Engelsa: „Panowanie arystokracji wzmacniało się coraz bardziej, aż około roku 600 przed naszą erą stało się ono nie do zniesienia. Przy czym głównym środkiem ucisku wolności powszechnej był pieniądz i lichwa. Główną siedzibą arystokracji były Ateny i okolice, gdzie handel morski wraz z wciąż jeszcze przygodnie uprawianym korsarstwem przyczyniał się do jej wzbogacenia i koncentracji bogactwa pieniężnego w jej rękach. Rozwijająca się gospodarka pieniężna przenikała stąd jak gryzący kwas do tradycyjnego, opartego na gospodarce naturalnej trybu życia gmin wiejskich. Ustrój rodowy absolutnie nie daje się pogodzić z gospodarką pieniężną; ruina drobnych chłopów attyckich zbiegła się z rozluźnieniem chroniących i opasujących ich starych więzów rodowych. Skrypt dłużny i zastaw posiadłości (bo Ateńczycy wynaleźli już także hipotekę) nie liczyły się ani z rodem, ani z fratrią. A stary ustrój rodowy nie znał ani pieniędzy, ani zaliczek, ani długów pieniężnych. Toteż coraz bujniej kwitnące pieniężne panowanie arystokracji wytworzyło nowe prawo obyczajowe dla zabezpieczenia wierzyciela wobec dłużnika, dla uświęcenia wyzysku drobnych rolników przez posiadacza pieniędzy. Wszystkie pola Attyki roiły się od słupów hipotecznych z napisami, że dany grunt został zastawiony takiemu to a takiemu za tę lub inną sumę pieniędzy. Pola nie oznaczone w ten sposób były przeważnie już sprzedane za nie spłacone w porę długi hipoteczne lub procenty i przeszły na własność arystokratycznego lichwiarza; chłop mógł być zadowolony, jeśli mu pozwolono zostać tam jako dzierżawcy i żyć z szóstej części plonu swej pracy, podczas gdy pięć szóstych musiał jako czynsz dzierżawny płacić nowemu panu. Ale nie dość tego. Jeśli sumy otrzymanej ze sprzedaży gruntu nie starczyło na pokrycie długu lub jeśli dług został zaciągnięty bez zastawu, wówczas dłużnik musiał celem pokrycia długu sprzedawać swe dzieci za granicę w niewolę.”


Takie zrozumienie pochodzenia pieniędzy obala również popularny mit, który twierdzi, że państwo nie posiada własnych pieniędzy – a więc musi je wpierw odebrać obywatelom w podatkach. Wręcz przeciwnie – bez standardu w złocie to państwo tworzy pieniądze, a bez autorytetu państwa nie mogą one mieć wartości. Wszystkie pieniądze pochodzą od państwa albo od autoryzowanych przez państwo banków. Wyjaśnię teraz, jak to działa. Dla uproszczenia przykładu zakładamy państwo, które ma własną walutę i nie posiada długu w żadnej zagranicznej walucie.

Jestem sobie państwem i chcę wybudować drogę. By to zrobić, potrzebuję materiały i siłę roboczą. Nie mogę jednak sobie po prostu zażyczyć tych materiałów od kogoś ani nie mogę po prostu zmusić kogoś do pracy – to byłaby kradzież i niewolnictwo. Udaję się więc do drukarki i drukuję trochę pieniędzy. Kupuję materiały od firm, znajduję paru bezrobotnych i płacę im za robociznę. Teraz mam nową drogę, a do ekonomii wpłynęły nowe pieniądze.

Czy wpływ nowych pieniędzy do ekonomii nie spowoduje inflacji? Niekoniecznie. Dopóki moja istniejąca gospodarka jest na tyle silna, że zarówno te firmy, jak i ci uprzednio bezrobotni są w stanie za te pieniądze zakupić te towary, których potrzebują, dopóki jest wystarczająca podaż, by zaspokoić ten wzrost popytu, to wydrukowanie pieniędzy nie odbije się negatywnie na gospodarce – a wręcz przeciwnie, produkt krajowy brutto wzrośnie i wzrośnie ogólny dobrobyt społeczny.

Ale nie mogę chyba przecież w nieskończoność drukować i drukować więcej pieniędzy? Przecież jeśli zarówno te firmy, które zapewniają materiały, ci robotnicy, jak i te sklepy, w których robotnicy kupują, będą wciąż miały więcej i więcej pieniędzy, to ostatecznie muszą one stracić na wartości – jeśli każdy będzie miał pełno pieniędzy, to nikt nie będzie ich potrzebował.

To prawda – i tutaj wchodzą w grę podatki. To nieprawda, że podatki są pobierane, by państwo mogło fundować swe wydatki. W rzeczywistości jest odwrotnie – państwo najpierw wydaje, a potem pobiera podatki. Pieniądze pobrane w podatkach nie idą na wydatki, a raczej idą do metaforycznej „niszczarki”. Są usuwane z obiegu. Także najważniejszą funkcją podatków, jest zabierać pieniądze, aby stymulować popyt na pieniądze. Aby zmusić zarówno pracowników, jak i kapitalistów, co ciągłego zdobywania pieniędzy. Podatki i ich wysokość są jedną z metod tworzenia wartości pieniądza – w końcu państwowa przemoc ciągle wymusza popyt na pieniądz.

Pieniądze są przede wszystkim miarą długu – tego ile kto komu wisi. A skoro wszystkie pieniądze pochodzą od państwa albo autoryzowanych przez państwo banków, to wszystkie pieniądze ostatecznie muszą zostać spłacone bankom, albo państwu w podatkach – ponieważ jeżeli mamy jakiekolwiek pieniądze, to w pewien sposób jesteśmy je winni państwu.

Wartość pieniędzy bierze się więc z autorytetu państwa. Jeżeli nie płacimy podatków, możemy spotkać się z państwową przemocą. Państwo zmusza nas do ciągłego zdobywania pieniędzy. Nawet jeżeli ze znajomymi założymy całkowicie samowystarczalną komunę, gdzie sami robimy własne pożywienie i narzędzia, państwo może zmusić nas do płacenia podatku za ziemię, albo za cokolwiek innego – zawsze zmuszając nas do brania udziału w kapitalistycznej grze. Jak wszystko, co tyczy się kapitalizmu i państwowości, jeżeli pogrzebiemy wystarczająco głęboko, odnajdziemy przemoc lub jej groźbę.

Warto tutaj dodać, że wymuszanie popytu na walutę to jedna z głównych funkcji podatków, ale nie jest ich jedyną funkcją. Na przykład zmniejszanie i zwiększanie podatków w różnych sektorach gospodarki może wymuszać pewne działania wśród przedsiębiorców. Ponadto podatki i inne opłaty zebrane przez miasto, a nie przez państwo, mogą rzeczywiście być użyte do budowania budżetu i reinwestowania – ponieważ miasto, w przeciwieństwie do państwa, nie emituje, nie tworzy własnej waluty, a jedynie jej używa.

Te pieniądze, które zostały stworzone, ale nie zebrane w podatkach, nazywa się deficytem budżetowym. Ten deficyt jest tymczasowo łatany przez dług publiczny – poprzez zobowiązania finansowe państwa wobec sektora prywatnego. Rosnący dług publiczny jest często używany do zastraszania ludzi i wmawiania im, że należy uciąć państwowe wydatki. W rzeczywistości sama wysokość długu publicznego nie ma znaczenia, gdyż państwo może go w każdej chwili spłacić i używa go do zarządzania stopami procentowymi i do stabilizowania rynków. A więc przeciwnie, to niedofinansowywanie sektora publicznego może prowadzić do ekonomicznego zastoju i biedy. Ale o tym może innym razem. Ograniczeniem dla państwowych inwestycji nie jest ilość pieniędzy – pieniądze nie są zasobem. Pieniądze nie mogą się skończyć, tak jak stal, albo żywność, tak samo, jak nie mogą skończyć nam się liczby. Ograniczeniem jest ilość materiałów, dostępnej siły roboczej, technologii i tak dalej. Państwo nie może de fakto „zmarnować” pieniędzy – może głupio nimi zarządzać, może zmarnować materiały i czas, ale nie może zmarnować pieniędzy samych w sobie, gdyż są one tylko świstkami papieru z nadrukiem. Pieniądze w rękach państwa to jedynie metoda zarządzania – budżet zaopatruje różne sektory w różne możliwości, wyznacza ile towarów mogą nabyć – ale same w sobie pieniądze nie są skończonym zasobem.

Podatki, albo inny sposób pobierania opłat przez państwo, muszą więc istnieć, by pieniądze nieposiadające standardu w złocie mogły zachować wartość. Ważną rzeczą nie jest sama absolutna wysokość podatków, a kto ten ciężar podatkowy przede wszystkim pokrywa – ludzie pracujący, mali przedsiębiorcy, czy duzi przedsiębiorcy?


To nie wystarcza jednak, żeby zrozumieć, czym są pieniądze. Na początku eseju powiedziałem, że podważę założenie, że pieniądze są neutralnym narzędziem. Przejdę teraz do tej kwestii. Żyjemy w społeczeństwie klasowym – i to właśnie w kontekście społeczeństw klasowych pieniądze stały się tak ważne. Pieniądze mają różną funkcję w zależności od naszej klasy społecznej.

Zacznijmy od proletariatu. Jeśli jestem proletariuszem, to nie mam prawie nic. Żeby zapłacić czynsz za mieszkanie lub je kupić, żeby zdobyć jedzenie i tak dalej, muszę zdobyć pieniądze. Żeby zdobyć pieniądze, muszę sprzedać jako towar moją siłę roboczą. Wymieniam moją siłę roboczą na towar kapitalisty – na pieniądze. Wykonuję pracę, a po wykonaniu określonej pracy lub określonego czasu pracy liczba, którą widzę po zalogowaniu się do mojego banku, magicznie wzrasta. Tę magiczną liczbę mogę wtedy wymienić na inne towary, których potrzebuję do zaspokojenia swoich życiowych potrzeb oraz zachcianek. Dla proletariusza więc cykl ten wygląda tak: towar – pieniądze – towar.

Dla burżuja wygląda to trochę inaczej. Załóżmy, że jestem informatykiem – proletariuszem. Pracuję w firmie, która tworzy strony internetowe. Ale doszedłem do wniosku, że mam wystarczająco umiejętności i przedsiębiorczej smykałki, że mogę otworzyć własną działalność. Muszę więc zatrudnić parę rąk do pomocy. Ale nie mogę po prostu podejść do innych informatyków i powiedzieć im – ej, zróbcie dla mnie to i to. Muszę mieć im jak zapłacić – bez pieniędzy nie wykonają oni moich poleceń. Idę więc do banku i otrzymuję pożyczkę. Zatrudniam kilku ludzi – kupuję ich towar, ich siłę roboczą, robimy parę stron internetowych czy innych aplikacji i sprzedaję je jako towar i otrzymuję pieniądze od klientów. Te pieniądze muszą starczyć mi na moje własne potrzeby życiowe, na pensje pracowników i na zwrot odsetek pożyczki. Muszę więc wygenerować więcej pieniędzy, niż na początku miałem. Muszę stworzyć zysk. Źródłem mojego zysku jest to, że nie wypłacam pracownikom stu procent wartości ich pracy – część wytworzonej przez nich wartości, nadwyżka ponad uzgodnioną pensję, jest zawłaszczana przeze mnie i ja jestem jedyną osobą, która podejmuje ostateczną decyzję, co się z tym zarobionym zyskiem stanie. Teraz nie jestem już proletariuszem, a drobnomieszczaninem. Także dla mnie ten cykl wygląda już nie: towar – pieniądze – towar, a pieniądze – towar – więcej pieniędzy.

Z czasem zatrudniam coraz więcej ludzi. Mogę więc sprzedawać więcej mojego towaru, co pozwala mi zrobić w tym samym czasie więcej zysku. Moja firma się rozrasta – ja sam już nie zajmuję się programowaniem, a tylko jej zarządzaniem. Jeżeli zdołam wzmocnić moją firmę i wytwarzać jeszcze więcej zysku, to mogę zatrudnić ludzi, którzy zarządzaniem tej firmy będą zajmować się za mnie. Na tym etapie staję się burżujem. Nie muszę już się martwić codziennymi zadaniami i życiem firmy, a moje pieniądze same się pomnażają.

Jeżeli moja firma wystarczająco się rozrośnie, przestaję się interesować samym tworzeniem, produkcją, a moja uwaga przechodzi na kapitał finansowy. Jestem już bogaty, ale moje bogactwo nie jest w pełni zabezpieczone – kryzysy, konkurencja, błędy w prowadzeniu firmy mogą nadal zagrozić mojemu majątkowi. Udaję się więc na giełdę i inwestuję – inwestuję, w co popadnie, co tylko przyniesie mi zysk. Nie obchodzi mnie, czy jest to przemysł stali, czy transport morski, czy woda z cukrem, czy skomplikowane narzędzia śmierci. Może kupię sobie w ogóle jakieś inne biznesy – może restaurację, może bar. Co więcej, zatrudniam ekspertów, którzy pomogą mi tymi pieniędzmi zarządzać. Teraz jestem już prawdziwym burżujem. Moje pieniądze są w trybie nieskończonego samopomnażania się.

Należy pamiętać, że większość burżujów nie przechodzi przez wszystkie te etapy. Mogą utknąć na którymś etapów, zbankrutować, lub zwyczajnie nie chcieć lub nie umieć przejść na wyższy etap. Przejście na wyższe etapy może trwać kilka pokoleń. Ale przede wszystkim większość na świecie burżujów swoje majątki zwyczajnie dziedziczy – rodzą się jako burżuazja i jako burżuazja umierają. U nas klasa burżuazji została wyeliminowana podczas budowy socjalizmu, ale z powodów błędów socjalizmu zaczęła powracać i w latach dziewięćdziesiątych znów całkowicie objęła władzę. Z czasem rynki zostały zapełnione przez potężne korporacje – wejście w szeregi burżuazji, stało się trudniejsze, a nowe pokolenia burżuazji już rodzą się z wielkimi majątkami.


Dla proletariusza pieniądze są więc przyzwoleniem na konsumpcję określonej ilości towarów. Jest to przepustka na otrzymanie pewnej ilości środków do życia, spełnienia pewnych potrzeb i zachcianek. Pensja nie jest pieniężną miarą wykonanej pracy – pensja jest ceną siły roboczej, jest ceną towaru na rynku, której wysokość jest definiowana przez mechanizmy rynkowe – popyt i podaż. By system kapitalistyczny mógł funkcjonować, cena siły roboczej, pensja, nie może być równa wyprodukowanej wartości – inaczej kapitaliści nie mogliby istnieć, nie mieliby jak budować kapitału.

Dla burżuja pieniądze stanowią zupełnie inną funkcję. Dla nich pieniądze to WŁADZA.

I nie mam tu na myśli władza tylko i wyłącznie w znaczeniu przekupywania urzędników, lobbyingu w celu przepchnięcia zmiany legislatury, albo nawet w zrozumieniu tego, że jako burżuj nie muszę przejmować się zdobyciem środków do zaspokojenia potrzeb życiowych, mogę więc z łatwością poświęcić się polityce. Dla burżuja pieniądze są władzą, gdyż pieniądze są sposobem sterowania ekonomią i ludzką aktywnością.

To znaczy – jeżeli podejdę do garstki budowlańców i powiem im – ej, wybudujcie mi tutaj fabrykę, albo pałac – to mogą mnie co najwyżej wyśmiać. Ale jeżeli mam wystarczająco pieniędzy – wtedy jak najbardziej wypełnią moje życzenia. Robiąc zysk, robiąc jeszcze więcej pieniędzy, powiększam swoją siłę podejmowania ekonomicznych decyzji.

W słowach Adama Smitha: „Osoba, która np. dziedziczy wielki majątek, nie zdobywa bezpośrednio przez to władzy politycznej. Władza, jaką posiadłość ta daje jej bezpośrednio i natychmiast, to siła nabywcza, prawo rozporządzania wszelką pracą innych lub wszelkim produktem tej pracy, jaki znajduje się wówczas na rynku”.

Pieniądz to siła społeczna. Tak samo, jak mogę jej użyć, do stworzenia fabryki, do sterowania ludzką pracą, mogę też do kogoś podejść i kazać mu rozebrać się do naga i wykonać dziesięć pajacyków. Ten człowiek również wyśmiałby mnie. Ale jeśli zaproponuję mu sto złotych? Tysiąc? Sto tysięcy? Milion? Sto milionów? Miliard? Za ile wy zdecydowalibyście się zrobić dla mnie dziesięć nagich pajacyków?

W dawnych czasach bogactwo mogło być przede wszystkim mierzone w istniejących fizycznie dobrach. Można było mieć tylko jakąś ilość żelaza, zboża, futer, biżuterii, stad zwierząt i tak dalej. Można było zrobić z nimi tylko pewną określoną ilość rzeczy, użyć ich do określonych celów. Pieniądze są formą wyabstrahowania bogactwa od fizycznej formy. Dla burżuja pieniądze są miarą bogactwa – miarą społecznej władzy. Ta liczba, którą burżuj widzi po zalogowaniu się do banku, jest dosłownie miarą jego władzy. Państwo jest narzędziem, które trzyma ten cały system przy życiu, gwarantując burżujowi jego władzę, wymagając od populacji, by brała w tym systemie udział.


Skoro pieniądze to wytwór społeczeństw klasowych, które służą wyabstrahowaniu bogactwa i władzy jednej z klas, to czy moglibyśmy żyć bez pieniędzy, jeżeli nie byłoby kapitalistów?

Życie bez pieniędzy wydaje nam się bardzo abstrakcyjną myślą. Ale zastanówmy się nad tym – jak to jest, że możemy dostać mandat za brak biletu w autobusie, ale nie możemy dostać mandatu, za brak biletu w parku? A przecież stworzenie i utrzymanie parku wymaga ludzkiej, opłaconej pracy – a jednak możemy z niego korzystać za darmo.

Zastanówmy się nad tym – załóżmy, że jestem lekarzem. Wykonuję społecznie potrzebną pracę. Żeby wykonywać tę pracę, potrzebuję mieć gdzie mieszkać – mieszkanie wybudowali budowlańcy, wykonujący społecznie potrzebną pracę. Oni muszą mieć co jeść – jedzenie pochodzi od rolników, wykonujących społecznie potrzebną pracę. Żeby produkować duże ilości jedzenia, rolnicy potrzebują traktorów, tworzonych przez robotników, wykonujących społecznie potrzebną pracę. A ci robotnicy potrzebują z kolei opieki zdrowotnej. Jeżeli wszyscy wykonujemy pracę potrzebną społeczeństwu – wszyscy wykonujemy pracę potrzebną, konieczną, abyśmy wszyscy mogli żyć dostatnio – dlaczego mielibyśmy płacić sobie nawzajem? Jeżeli nie istnieją kapitaliści, którzy zawłaszczają sobie część wyprodukowanej przez pracowników wartości, używając w tym procesie pieniędzy jako metody księgowości, jako metody podziału bogactwa pomiędzy klasami społecznymi – dlaczego pracownicy mieliby płacić sobie nawzajem? Każda z wymienionych prac – leczenie ludzi, budowa mieszkań, produkcja żywności i maszyn – to wszystko są prace o charakterze społecznym; a jednak wymiana pieniądza na towary zakrywa społeczny charakter tych prac i jedynym ich postrzeganym celem staje się zdobycie pieniądza.

Czy wszystko więc mogłoby być za darmo? Załóżmy, że kupuję tygodniowo trzy bochenki chleba, paczkę czipsów i paczkę ryżu. Czy gdybym wygrał dziesięć milionów złotych na loterii, to nagle zacząłbym kupować trzysta bochenków chleba, sto paczek czipsów i ryżu tygodniowo? Nawet gdyby były one kompletnie darmowe, niewiele zmieniłaby się moja konsumpcja.

Lecz takie rzeczy mogą być darmowe i pieniądze mogą zostać obalone tylko w warunkach post-niedoboru. To znaczy, kiedy dane towary mogą być z łatwością zapewnione w takich ilościach, że starczy ich dla wszystkich. W przeciwnym razie, gdyby te towary były dostępne za darmo, ale nie dla każdego, ktoś spróbowałby zagarnąć ich jak najwięcej i sprzedać je na czarnym rynku, albo dokonać innego machlojstwa. W sytuacji post-niedoboru czarny rynek nie miałby sensu, gdyż każdy mógłby dostać ten produkt z łatwością za darmo.

Sytuacja post-niedoboru została już osiągnięta dla większości podstawowych dóbr w rozwiniętych krajach kapitalistycznych. Istnienie pieniędzy w kontekście takich dóbr jest niedorzeczne – a najlepiej oddaje to sytuacja w Stanach Zjednoczonych, gdzie żyje pięćset tysięcy bezdomnych, a domy stoją puste. Muszą oni wyżebrać pieniądze, żeby mieć co jeść, podczas gdy w sytuacji nadprodukcji jedzenia, jedzenie jest niszczone, by utrzymać jego cenę na rynku i zysk kapitalistów.

A więc co się stanie z dobrami, które nie mogą być po prostu zapewnione dla wszystkich – na przykład bardziej luksusowe mieszkania lub samochody, wysokiej jakości jedzenie itd.? Ponadto – bardzo utopijnie brzmi świat, w którym wszyscy pracują za darmo i za darmo spełniają swoje potrzeby. Ale co z ludźmi, którzy chcą pracować więcej, którzy podejmują się prac trudnych lub niebezpiecznych? Czy nie powinniśmy ich wynagrodzić bardziej, aby w zamian za swoje zasługi mogli spełnić więcej indywidualnych zachcianek?

Otóż powinniśmy. Jak najbardziej. W systemie socjalistycznym pieniądze – albo jakiś inny system racjonowania – pozostają, ale mają inny charakter niż w kapitaliźmie, gdyż nie można ich użyć do nieskończonego pomnażania bogactwa. Nie będzie można ich inwestować na giełdzie, nie będzie można za nie zatrudniać siły roboczej, nie będzie można za nie nabywać środków produkcji (np. fabryk i ciężkiej maszynerii), nie będzie można ich przekazać w formie ogromnych majątków swojemu potomstwu. W ten sposób takie pieniądze będą faktyczną miarą tego, ile społecznie użytecznej pracy wykonaliśmy, a nie tak jak pieniądze w systemie kapitalistycznym, jedynie pozorną miarą tego ile wysiłku włożyliśmy w rozwój społeczeństwa. W dzisiejszych czasach widzimy często, jak ludzie, którzy całe życie harują, nie mają wiele, a ludzie, którzy urodzili się z bogactwem i nie kiwnęli w życiu palcem, mają wszystko. Ludzie, wykonujący bardzo potrzebne społeczeństwu prace, takie jak nauczyciel, czy kierowca autobusu dostają niskie płace, podczas gdy szkodliwe lub mało wartościowe zajęcia, takie jak tworzenie reklam, które nie informują, a manipulują, albo flipping mieszkań, czy doradztwo inwestycyjne są bardzo opłacalne. Gdy zamiast pieniędzy kapitalistycznych zostaną wprowadzone pieniądze socjalistyczne, czy też bony pracy lub jakkolwiek inaczej chcecie je nazywać, ta sytuacja drastycznie się zmieni. Oczywiście należy pamiętać, że ostatecznym celem jest pozbycie się wszelkiej formy ciągłego racjonowania – do tego stopnia, do którego jest to możliwe.