20.12.2024
PAŃSTWO - Narzędzie WOJNY klas społecznych
Kim ty jesteś? Polak mały. Jaki znak twój? Orzeł biały. Baczność, do hymnu. Ojczyznę kochać trzeba i szanować, władzy jej nie kwestionować, oddać życie, jeśli trzeba. Podatki płacić, praw przestrzegać i dumnym być z powodu istnienia naszego państwa, państwa polskiego. A jednocześnie wielu ludzi postrzega ten twór jako coś ograniczającego – wielokrotnie słyszymy, że państwo nas okrada, państwo nas ogranicza, państwo nam zabrania. Czymże jest to całe państwo? Czy nie moglibyśmy po prostu żyć bez niego?
Wyobraźmy sobie następującą sytuację – statek wycieczkowy został pokonany przez sztorm na Pacyfiku. Wraz z grupą rozbitków znalazłem się na bezludnej wyspie. Źródłem naszego utrzymania są ryby i drzewa bananowe. Nasze źródła pożywienia wystarczają, by prowadzić skromny żywot. Spędzamy nasz czas, budując schronienia, zbierając banany, łowiąc ryby, gromadząc drewno na opał i nosząc wodę do osady. Wszystkiego starcza dla wszystkich, każdy bierze tyle, ile potrzebuje, zabezpieczając swoje przetrwanie i pomagając innym.
Nie jestem jednak zadowolony z tej sytuacji. Jestem przecież mądrzejszy, bystrzejszy od reszty. Ja powinienem podejmować decyzje, a inni powinni mi służyć. Nie powinienem być na równi z tymi gamoniami – ubliża mi bycie po prostu częścią gawiedzi.
Pewnego ranka część rozbitków udała się jak co dzień zbierać banany – lecz tym razem przy drzewach bananowych stoję już ja. „To są moje drzewa” – mówię. „Jeżeli chcecie móc zebrać dzisiaj banany, przynieście mi dwadzieścia ryb”.
W takiej sytuacji można by się spodziewać, że rozbitkowie nie będą zadowoleni z tego, co usłyszeli i że nawet nie potraktują tego poważnie. Banany to przecież dobro wspólne – wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji, nikt z nas nie chciał się tu znaleźć. Nie ma żadnych praw, które mówiłyby, co do kogo należy, a co nie. Rozbitkowie mogą mnie po prostu zignorować i wziąć sobie te banany, które są po prostu produktem natury, własnością tego, kto przyjdzie i je weźmie.
Załóżmy więc jeszcze jedną rzecz – że jestem najsilniejszym człowiekiem w grupie rozbitków. Nikt nie chce ryzykować konfrontacji ze mną, a ci, którzy próbują zerwać moje banany, są przeze mnie powstrzymywani siłą. Teraz mogę cały dzień nie robić nic. Jeżeli rozbitkowie chcą jeść banany, muszą przynieść mi ryby. Nie muszę wykonywać już społecznej pracy, a rozbitkowie przynoszą mi pożywienie.
Wiem jednak, że choć jestem silny, nie podołam zorganizowanej sile reszty rozbitków, którzy już planują ze mną konfrontację. Znajduję więc innych silnych członków grupy i oferuję im, że jeżeli będą pilnować moich drzew, będą mogli otrzymać część bananów. Organizując potężniejszą przemoc wokół siebie, gromadzę banany i ryby, choć sam nie muszę wykonywać żadnej pracy. Razem możemy również przejąć kontrolę nad wybrzeżem i rybami. Zajmujemy się planowaniem rozwoju osady, ustanawianiem praw i dokonywaniem sądów. Podzieliłem społeczeństwo na klasy społeczne – ja jestem właścicielem, królem, według prawa, które ustanowiłem sam. Oprócz tego jest część społeczeństwa, która wykonuje pracę, która jest źródłem mojego utrzymania. Pomiędzy nami stoi warstwa zorganizowanej przemocy, odseparowana od woli tego społeczeństwa, podlegająca tylko mi, ponieważ ja płacę, ponieważ ja posiadam.
Teraz już prawie ustanowiłem państwo. Jest tylko jeden problem – osadnicy mnie nienawidzą. Znajdują każdą możliwość, by sabotować mnie i moich kolaborantów. Gdyby nadarzyła się okazja, zabiliby nas. Muszę więc jakoś wyjaśnić im, dlaczego zaistniała sytuacja jest słuszna – dlatego ten stan rzeczy jest dla nich dobry.
Okazuje się więc, że, słuchajcie uważnie, jestem wysłannikiem boga. Tego jedynego, wszechmogącego. Jego woli podważać nie można. Bądźcie posłuszni, a po śmierci traficie do nieba. Sprzeciwcie się mi, a więc i bogu, a spędzicie wieczność w mękach. Teraz mam już swoją państwową ideologię, którą narzucam reszcie społeczeństwa. Jeżeli uda mi się wepchnąć im to do głowy wystarczająco głęboko, będę mógł rządzić swoimi posłusznymi poddanymi bez ciągłego ryzyka buntu, a mieszkańcy będą pilnować sami siebie, by przestrzegać zasad.
Ostatnie co pozostało mi zrobić, to wprowadzić prawa dziedziczenia. Po mojej śmierci moja własność, drzewa bananowe i wybrzeże, stanie się własnością moich synów. Prywatna własność przekazywana z pokolenia na pokolenie sprawi, że państwo stanie się samo reprodukującym się systemem – jak długo włada moja linia krwi, jak długo mieszkańcy wierzą, że obecny porządek świata jest słusznym, jedynym możliwym porządkiem świata i jak długo znajdują się kolaboranci, którzy używają swej przemocy w egzekwowaniu władzy.
Ten eksperyment myślowy to niestety po prostu eksperyment myślowy. Prawdziwe przyczyny i procesy powstawania państwa są o wiele inne i bardziej skomplikowane. Lecz nawet takie uproszczone ujęcie sprawy pozwala nam zrozumieć kilka podstawowych kwestii:
- Państwo jest przede wszystkim instrumentem dzielącym ludzi na klasy społeczne – na wyzyskujących i wyzyskiwanych.
- Państwo tworzy organy zorganizowanej przemocy oderwane od woli większości społeczeństwa, których używa, by egzekwować wolę klasy rządzącej. Państwo ma monopol na legalne użycie przemocy.
- Oprócz przemocy państwo potrzebuje ideologii, by uzasadnić swoje istnienie i uzasadnić obecny stan rzeczy. Historycznie te ideologie często opierały się na religii i bogu. Dzisiaj zazwyczaj opierają się na tak zwanym „wolnym” rynku i „wolności”.
- Każda własność prywatna środków uspołecznionej produkcji lub złóż naturalnych jest oparta na przemocy, lub na groźbie przemocy.
W społeczeństwach klasowych istnieje sprzeczność interesów klas społecznych. W moim prostym przykładzie sprzeczność jest prosta – ja chcę wyzyskiwać innych, a inni nie chcą być wyzyskiwani. Ta sprzeczność musi się jakoś rozwiązać – wystarczy, że osadnicy mnie zabiją i sprzeczność zostanie rozwiązana. Dlatego potrzebuję państwa, które sprawi, że społeczeństwo będzie funkcjonować pomimo sprzecznych interesów – organu, który będzie sztucznie utrzymywać tę sprzeczność.
Warto dodać, że państwo jest również instrumentem mediującym konflikt klasowy. W dzisiejszych czasach możemy nawet zakładać własne partie, które mogą walczyć w naszych interesach. Lecz państwo nie jest neutralnym organem i zawsze pozostaje w rękach najbardziej wpływowej klasy społecznej, która definiuje reguły politycznej gry.
Ostatnią funkcją państwa, o której warto wspomnieć, jest bronić klasę rządzącą przed sobą samą. Państwo może na przykład regulować kapitalistyczny przemysł tak, by kapitaliści w pogoni za zyskiem i bogactwem nie doprowadzili kapitalizmu do samodestrukcji.
Klasy społeczne istnieją z powodu naszej pozycji względem środków produkcji i złóż dóbr naturalnych. Jeżeli jestem ich właścicielem, mogę czerpać z nich bogactwo, pomimo iż to inni będą pracować, eksploatując je. Będąc ich właścicielem, bogacę się pracą innych, a moja pozycja zapewniona jest przez przemoc. Państwo może zapewniać nawet jakieś demokratyczne drogi zmiany, lecz gdy wyzyskiwani faktycznie sięgną po własność prywatną, wtedy spotkają się z państwową przemocą – niezależnie, czy właścicielem jest arystokrata, właściciel niewolników, król, czy burżuj.
Może się więc wydawać, że istnienie państwa jest nieuniknione i konieczne. W końcu naturą ludzką jest być chciwym – naszą naturą jest przemoc, jest grabić i plądrować ziemię i innych. Człowiek z natury jest grzesznikiem – gdy tylko nadarzy się okazja, to ukradnie, oszuka, zdradzi, a przede wszystkim będzie chciał sobie zawłaszczyć, co tylko się da.
Tak wiele z nas myśli o społeczeństwach pierwotnych. Wyobrażamy sobie obrzydliwych troglodytów – śmierdzi im z pyska i zęby im wypadają, bo nie mają nawet pasty do zębów. Chodzą od osady do osady, rabując, podrzynając gardła i paląc wszystko, co zostało. Porywają kobiety, ciągną je za włosy do jaskiń i g***cą. Historia ludzkości to przecież historia ciągłej wojny. Zaczęliśmy się tłuc, zanim jeszcze zeszliśmy z drzew i nigdy nie przestaliśmy. Tylko cywilizacja, tylko państwo, sprawiło, że możemy cieszyć się pokojem, że nadaliśmy prawa kobietom, że kradzieże i napady nie spotykają nas codziennie.
A może myślimy społeczeństwach pierwotnych w ten sposób, bo nie możemy sobie wyobrazić, że ludzie mogą być inni? Może przypisujemy im nasze własne cechy, bo tylko tak jesteśmy w stanie zrozumieć ludzkość? Być może to my właśnie jesteśmy troglodytami, którzy nie mogą przestać się bić i którzy muszą być ciągle policjonowani. Być może bycie chciwym i deptanie po słabszych nie jest naturą ludzką – jest po prostu naszą naturą, dziś, teraz. Tak samo, jak mit o zepsutych zębach jest fałszem – przed rolnictwem ludzie nie jedli wiele cukru i węglowodanów, więc ich zęby nie niszczyły się tak szybko, jak nasze – fałszem jest mit o tępym, przemocowym troglodycie. Większość badań antropologicznych rysuje zupełnie inny obraz pierwotnych społeczeństw, które są o wiele bardziej egalitarne i demokratyczne niż wiele krajów dzisiaj.
Przez wieki państwa kolonialne rysowały zakrzywiony obraz bardziej „zacofanych” społeczeństw, by uzasadnić, dlaczego musimy je „ucywilizować”. Te niecywilizowane dzikusy, napędzające mieszkańców krajów „rozwiniętych” strachem i obrzydzeniem, nie znały niewolnictwa. Odznaczały się o wiele mniejszym poziomem dyskryminacji płciowej niż kolonialne państwa. Były bardziej demokratyczne, gdyż nie istniał zorganizowany instrument przemocy skongregowanej w rękach państwa – nie istniało wojsko ani policja. W niektórych społeczeństwach, zanim przybyli Europejczycy nawet nie istniało takie słowo jak „kradzież”.
W słowach Indianina z plemienia Lakota Johna Fire Lame Deer’a - „Zanim nasi biali bracia przyszli nas cywilizować, nie mieliśmy więzień. Dlatego nie mieliśmy przestępców. Nie można mieć przestępców bez więzienia. Nie mieliśmy też zamków ani kluczy, więc nie mieliśmy złodziei. Jeśli ktoś był na tyle biedny, że nie miał konia, tipi ani koca, ktoś mu te rzeczy dawał. Byliśmy zbyt niecywilizowani, aby przywiązywać dużą wagę do osobistych przedmiotów. Chcieliśmy mieć rzeczy tylko po to, aby je komuś dać. Nie mieliśmy pieniędzy, więc wartość człowieka nie mogła być mierzona nimi. Nie mieliśmy też prawa pisanego, adwokatów ani polityków, więc nie mogliśmy oszukiwać. Naprawdę byliśmy w złym położeniu, zanim przybyli biali ludzie, i nie wiem, jak sobie radziliśmy bez tych podstawowych rzeczy, które, jak nam mówią, są absolutnie niezbędne do stworzenia cywilizowanej społeczności”.
Ale czyż koloniści nie mieli racji, cywilizując np. Majów, którzy w barbarzyńskich rytuałach wyrywali serca innym ludziom? Jak dzikim, chorym człowiekiem trzeba być, by dopuścić się takiego czynu? Ale pomyślmy o tym w ten sposób – gdy koloniści przybyli do Ameryk większość ludności żyła w plemionach, a nie w państwach – lecz Majowie znali już sposób organizacji, znany państwem. Czy rytuał wyrywania serca nie był po prostu metodą państwowego terroru, który miał pokazywać poddanym, co się z nimi stanie, jeżeli sprzeciwią się władzy państwa i jego ideologii? Który miał zamieniać podbite ludy w posłuszne, skulone baranki? Czy wyrywanie serc nie pełniło dla Majów roli, przynajmniej w jakimś stopniu, tej samej co dla Rzymian ukrzyżowanie? W ten sposób rytuał ten może wcale nie był oznaką zdziczenia, a wręcz przeciwnie, oznaką cywilizacji.
Cofnijmy się więc jeszcze bardziej – przecież ludzie byli kiedyś małpami, a nawet małpy potrafią być bardzo terytorialne i dominujące. Ewolucja to przecież ciągła walka, w której wygrywa najsilniejszy, ten, który bezwzględnie dominuje. Skoro wywodzimy się od małp, ale staliśmy się ludźmi, to znaczy, że byliśmy po prostu najsilniejsi i najefektywniejsi w naszej dominacji.
Ależ, w jaki sposób moglibyśmy wyodrębnić się od zwierząt, gdyby naszym jedynym impulsem była dominacja, konkurencja i prywatny zysk? Przecież nie mamy pazurów, nie mamy silnych szczęk ani długich zębów. Na drzewach, na ziemi i w wodzie jesteśmy powolni. Nie mamy grubej skóry, pancerza, jadu, nawet uzbrojeni jesteśmy dość łatwym kąskiem dla silniejszego drapieżnika.
Antropolog Christopher Boehm proponuje następującą teorię, wyjaśniającą, w jaki sposób ludzkość oddzieliła się od zwierząt. Spośród wszystkich ssaków naczelnych tylko ludzie przejawiają skłonność do poniżania, zawstydzania i unikania tych, którzy próbują dominować, zawłaszczać, przechwalać się – używają całego szeregu społecznych taktyk, by ograniczać znęcające się na innych jednostki.
Według Boehma nadal mamy w sobie nasze małpie dziedzictwo – mamy w sobie zazdrość, agresję i samolubność. Lecz jako jedyny gatunek podjęliśmy świadomy wysiłek, by te cechy w sobie nawzajem represjonować, w celu tworzenia społeczeństwa, które będzie kooperować. Chociaż ewoluowaliśmy dzięki konkurencji, to dzięki kooperacji mogliśmy opuścić cykl ciągłej, codziennej walki o pożywienie i przetrwanie. Chęć wybicia się ponad innych, chęć wzbogacenia się, dbanie o własny interes, konkurencyjność – cechy tak bardzo idealizowane przez nasz obecny system – musiały zostać stłumione, by stworzyć funkcjonujące społeczeństwo – by opuścić świat zwierząt i stworzyć świat ludzi. W ten sposób żyliśmy przez dziesiątki tysięcy lat. Chciwość jest częścią ludzkiej natury – tak samo, jak ludzką naturą jest ograniczanie chciwych jednostek.
Wraz z powstaniem rolnictwa i pasterstwa ludzkość zapewniała sobie duże ilości pożywienia mniejszą ilością pracy. Rosły wspólne bogactwa, więc rosła chęć zawłaszczenia sobie ich, aż społeczeństwa przegrały z chciwymi jednostkami, które zniewalały własne siostry i braci, oraz sąsiadujące społeczeństwa. Zaczęły zakładać państwa – instytucje, które są ostatecznym zerwaniem wszelkich pierwotnych form demokratycznego społeczeństwa. Co ciekawe, nigdy nie uczymy się o założeniu państwa, jako czymś złym. Mamy ze swojego państwa być dumni, niewiele uczymy się o tym, co było przed. Nadal czcimy założenie państwa polskiego i chrzest Polski – lecz czy te wydarzenia nie były zniewoleniem populacji w rękach potężnej mniejszości? Czy nie były to wydarzenia, które doprowadziły do wprowadzenia pańszczyzny, do utraty pierwotnych form organizacji społecznej i kultury? Czy nie były to wydarzenia, którym zbrojnie przeciwstawiali się ci, którzy mieli podlegać fizycznemu i ideologicznemu zniewoleniu?
Być może powstanie państwa było nieuniknione. Być może, gdy wzrosła ilość bogactw, naszej chciwości nie dało się zatrzymać. Może skoncentrowana przemoc wywarła na sąsiadujących społeczeństwach wpływ, zmuszając je do założenia własnego państwa, lub zostania wchłoniętym w to już istniejące. Może, gdy rosła populacja, rosła też złożoność społeczeństwa – którym zarządzanie było trudnym zadaniem, do którego ludzie musieli być przygotowywani od dzieciństwa, tworząc dziedziczną władzę. A może było to konieczne, gdyż skomplikowane społeczeństwo wymagało podziału na pracę intelektualną i pracę fizyczną. Być może nigdy się nie dowiemy, jak powstało pierwsze państwo.
W dzisiejszych warunkach możemy zrozumieć państwo jako instrument, który powstaje z powodu sprzeczności klasowych społeczeństwa. Jeżeli zniesiemy klasy społeczne – to jest własność prywatną – zniesiemy również państwo. Nie państwo Polskie, Niemieckie, czy Rosyjskie – państwo, w ogóle.
Żeby wyzbyć się z siebie rasizmu, żeby dokonać cywilizacyjnego kroku do przodu, misumy zrozumieć, że inne rasy nie są niżej od nas – że od nich też możemy się czegoś nauczyć o sobie. Żeby wyzbyć się z siebie seksizmu, musimy zrozumieć, że inne płcie nie są niżej od nas – że od nich też możemy się czegoś nauczyć o sobie. Nadal mamy jednak bardzo pro-państwowe odchylenie ideologiczne. Zapominamy, że takie rzeczy jak prawa, demokracja, organizacja społeczna istniały, zanim powstały państwa. Widzimy się jako lepsi, bardziej rozwinięci, od tak zwanych dzikusów. Ale może w tym całym rozwoju zatraciliśmy coś bardzo ważnego, coś bardzo ludzkiego? W końcu to biali jeżdżą do szamanów w Peruwiańskiej dżungli, gdyż nie mogą poradzić sobie z psychologiczną presją życia codziennego w naszej cywilizacji, a nie odwrotnie.
Nie chcę też budować mitu tak zwanego „szlachetnego dzikusa”. Pierwotne społeczeństwa to rozległy i skomplikowany temat, a ludzka historia i organizacja pełna jest brudu, błędów i wypaczeń – odkąd istnieje. Ale może, jeżeli chcemy dokonać kolejnego kroku w przód, musimy zrozumieć, że mamy wiele do nauczenia się, od tych, których przez ostatnie kilkaset lat historii nazywaliśmy „dzikusami”.
Źródła
[1] Bronisław Malinowski, Argonauci zachodniego pacyfiku, s. 107
Dodatkowe informacje
Państwo - mamy z niego być dumni, ale jednocześnie źli, że nas okrada. Każą nam stawać na bacznośc do hymnu, lecz wmawiają, że zachłanne państwo nas ogranicza. Gloryfikują historię państwa Polskiego, lecz plują na historię innych państw. Znajdują źródło własnej tożsamości dzięki państwu, lecz nienawidzą, gdy w jakikolwiek sposób wkracza ono w biznes. Czym jest państwo? Skąd się wzięło, do czego służy i jaka jest przyszłośc tej instytucji?
Dodatkowe materiały:
Fryderyk Engels - Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa
https://www.marxists.org/polski/marks-engels/1884/pochodzenie/https://www.marxists.org/polski/marks-engels/1884/pochodzenie/
Włodzimierz Lenin - Państwo a rewolucja
https://www.marxists.org/polski/lenin/1917/par/